07.05.2023, 09:45 ✶
Nigdy nie lubił widoku śmierci, niezależnie od tego, czy chodziło o ludzi, czy o zwierzęta. Wciąż mdliło go od widoku martwych, powykręcanych i wykrwawionych ciał. Przeniósł je do Amandy, ale w momencie, gdy usłyszał, że nie była w stanie im pomóc, rzeczywistość jakby się zatarła. Wyłączył się, tracąc kontakt z tym, co działo się wokół niego, zbyt mocno skupiony na strachu, że z łatwością mogli skończyć w podobny sposób, zwłaszcza że w pobliżu krateru widział świszczące zaklęcia, rzucane w siebie przez obie strony konfliktu. Zaatakowali ich podczas sabatu! Nawet jeśli sam nie skupiał się zbytnio na tej religijnej otoczce, zdawało się to jakby świętokradztwem. Ktoś tu postradał zmysły i, o dziwo, Fergus miał pewność, że nie on sam.
Rozmowy wpadały mu jednym uchem, a wypadały drugim. Rejestrował głos staruszki, znajomego Amandy nazwanego przez nią panem Urqartem i pozostałych. Lestrange rzucała wraz z nim jakieś zaklęcia, chyba medyczne, a sam Ollivander miał wrażenie, że nawet gdyby nie pogrążył się we własnych myślach, to i tak byłby bezużyteczny. W przeciwieństwie do Castiela, o którym wciąż nie wiedział, gdzie ten zniknął, nie potrafił rzucać czarów leczniczych.
- Taaak, pomogę – mruknął, gdy dotarło do niego, że Amanda prosi o pomoc z noszami, przy których stał już jej znajomy. Zaczął się podnosić, zorientowawszy się, że jego towarzysze próbują rzucić zaklęcie Patronusa. – Mówiliście, że magia szwankuje, nie działa nawet teleportacja, czy świstoklik. Jak chcecie rzucić tak potężne zaklęcie? – spytał dość sceptycznie, powracając już nieco bardziej do rzeczywistości. – Właściwie… po co? – dopytał jeszcze staruszkę, patrząc na nią, gdy zbliżał się do noszy. Jemu samemu zdawało się, że nie byłby w stanie teraz nawet pomyśleć o czymś przyjemnym. Jego dobre wspomnienia zniknęły gdzieś w tłumie. A zmartwienie o Norę i Casa nie pozwalało sięgnąć umysłem po coś dobrego.
Rozmowy wpadały mu jednym uchem, a wypadały drugim. Rejestrował głos staruszki, znajomego Amandy nazwanego przez nią panem Urqartem i pozostałych. Lestrange rzucała wraz z nim jakieś zaklęcia, chyba medyczne, a sam Ollivander miał wrażenie, że nawet gdyby nie pogrążył się we własnych myślach, to i tak byłby bezużyteczny. W przeciwieństwie do Castiela, o którym wciąż nie wiedział, gdzie ten zniknął, nie potrafił rzucać czarów leczniczych.
- Taaak, pomogę – mruknął, gdy dotarło do niego, że Amanda prosi o pomoc z noszami, przy których stał już jej znajomy. Zaczął się podnosić, zorientowawszy się, że jego towarzysze próbują rzucić zaklęcie Patronusa. – Mówiliście, że magia szwankuje, nie działa nawet teleportacja, czy świstoklik. Jak chcecie rzucić tak potężne zaklęcie? – spytał dość sceptycznie, powracając już nieco bardziej do rzeczywistości. – Właściwie… po co? – dopytał jeszcze staruszkę, patrząc na nią, gdy zbliżał się do noszy. Jemu samemu zdawało się, że nie byłby w stanie teraz nawet pomyśleć o czymś przyjemnym. Jego dobre wspomnienia zniknęły gdzieś w tłumie. A zmartwienie o Norę i Casa nie pozwalało sięgnąć umysłem po coś dobrego.