Jedyną jej odpowiedzią musiało być pokręcenie głową i lekkie wywrócenie oczami. Bo oczywiście zdawała sobie z tego sprawę. To jedno było dla niej jasne z kim ma do czynienia: właśnie z takim bad boyem, do którego w młodości i kryzysie wieku średniego wzdychają panny, marząc o szalonym romansie. Widziała go też w akcji w knajpie i nie zmieniło się to, co mu wtedy powiedziała: bo przecież wiedziała doskonale, że czasami trzeba sobie ubrudzić rączki. Te jej też nie były przecież najczystsze.
- Wiem. Po prostu… Po prostu uważaj na siebie. Proszę – nie dlatego, że by mu nie pomogła, a pomogłaby, choćby jej krwią (nie swoją przecież) wysmarował drzwi, ściany i pościel. Nawet jakby jej zarzucał próg. A może wręcz wtedy pomogłaby mu tym bardziej, bo widziałaby że dzieje się coś złego.
- Nie pamiętam już. To szybko ulatuje, wiem tylko że coś głupiego i przez co noc była niespokojna… a tak ogólnie to czasami śni mi się upadek, uderzenie, ból, woda i tonięcie, ogień. Czasami jakieś stwory. Czasami sytuacje pozornie prawdziwe, ale ich głupota i absurd jest jasny od początku – machnęła przy tym dłonią, jakby chciała to odgonić i dać znać że to mało istotne, taka tam głupota, nie ma co sobie zawracać głowy. Miała za to czujny sen, zbudzić było ją łatwo i przez to częściej pamiętała jakieś pojedyncze sceny z tych swoich snów – bo było ich dużo. W końcu pamięta się tylko te sny, w trakcie których się człowiek obudził, nie tak?
- A to moich słów już nie bierzesz sobie do siebie? – uniosła wyżej jedną brew i zlustrowała Sauriela spojrzeniem. A powinien był brać do siebie to co do niego mówiła, przecież nie gadała byle gadać – bo to mogłaby mówić do ściany, albo do lustra. Albo mogła nie mówić nic i już zresztą pokazała Rookwoodowi, że tak przecież potrafi. Ogólnie… Trochę czasu zajmowało jej otworzenie się i przywyknięcie do towarzystwa Sauriela na tyle, by mówić więcej. Z początku przecież ich rozmowy wyglądały zupełnie inaczej, a tutaj, teraz, mówiła niemało. Ale nie była typem, który strzępi ryja niepotrzebnie. - Nie. Nie wejdę, nie wlecę, nie wteleportuję się, nie dam się zanieść, ani wteleportować, ani nic w ten deseń, co miałoby zmienić moją pozycję względem ziemi, na Big Bena, Kocie – jej spojrzenie znowu nabrało na ostrości, mówiło wszem i wobec „nie, nie ma mowy, zapomnij i nie pogrywaj ze mną”. - Jak chcesz to właź tam sam – nie żartowała i naprawdę źle znosiła wysokości. Czy raczej… spoglądanie w dół. Świadomość, że jeden krok i spadniesz. Dla czarodzieja to nic, ale Victoria nie mogła tego w sobie zwalczyć i po prostu najzwyczajniej w świecie się bała. Ba. Nawet teraz, wcale daleko od włażenia na wieżę zegarową, już zaczynała panikować.
- A ty się dziwisz, że się bałam, że coś ci zostało w ranie – mruknęła i spojrzała na Sauriela spode łba. Chciała dla niego dobrze, żeby… nie cierpiał później. Żeby się zagoiło, odpoczął i żeby potem było już wszystko dobrze. Było, okej, tym razem, ale nie pozwolił jej nawet na to spojrzeć, a był przecież przyćpany. Już wiedziała, że następnym razem będzie to wyglądało inaczej – bo mimo wszystko była pewna, że będzie następny raz. - Raz wystarczy, podziękowanie przyjęte – dla niej to było też trochę niezręczne, to że tak jej dziękował. Nie robiła tego dla podziękowań, tylko żeby mu pomóc. Nawet nie liczyła na podziękowanie i choć było jej miło, to mimo wszystko nie chciała żeby teraz zamieniło się to w litanię „dziękuję”. - Mówiłam ci już, że jeśli będziesz potrzebować pomocy to znasz kierunek – co prawda nie sądziła wtedy, że będzie go zbierać z ulicy, no ale… - Różyczko? – ok, zaskoczył ją. Na tyle, że nie skupiła się wystarczająco mocno na tym, że pewnie wcale się nie starał, tylko gadał tak, żeby… się nie martwiła o niego. I tak by to robiła, cokolwiek by nie powiedział.