Joseph Rookwood nie był zbyt znany w społeczeństwie czarodziei. Dlaczego? Ponieważ nie starał się o rozpoznawalność. Dużo podróżował, dużo go nie było, dużo znikał w mrokach Londynu, żeby tam kręcić się wokół stworzeń wyjętych spod ciemnej gwiazdy. I nie było w nim niczego zdziczałego. Był jak wiatr przeczesujący wydmy stworzone ze śniegu - poruszał niektórymi płatkami, a potem znikał tak samo cicho, jak cicho się pojawił. Nie zostawiał za sobą trupów. Nie rozsiewał wokół siebie widma śmierci. Nie plamił krwią bieli, po której można byłoby podążać. Próba znalezienia go, namierzenia i potem jeszcze stworzenia odpowiedniej sytuacji, by wpędzić go w pułapkę, była wyzwaniem nawet dla kogoś, kto doświadczenie z wampirami miał. Mimo to - wampir jak wampir. Kroczył miarowo po drodze, śnieg chrupotał pod podeszwami jego eleganckich butów. Ubrany w garnitur w kolorze granatu, wyprostowany, z jedną dłonią schowaną w kieszeni. Drugą dłonią trzymał fajkę, jednak jej nie palił. Kiedyś musiał mieć ciemne, może nawet czarne włosy, dziś pokryte były siwizną. Nic nie wskazywało na to, by był tak stary, jak był w rzeczywistości. I brak tej istotnej wiedzy mógł być przeważającym elementem całego tego polowania.
Słyszał jej kroki. Joseph zdawał sobie doskonale z tego, że od kilku dobrych dni jego śladami podąża młoda kobieta, łowczyni wampirów, jak dumnie nazwał ją w swojej głowie. Ta zabawa w kota i myszkę zdawała się być jednostronna - i nic bardziej mylnego. Joseph wcale nie bronił się przed byciem znalezionym i nie utrudniał całego precedensu. Może tylko troszeczkę, żeby polowanie potrwało dłużej, żeby obie strony mogły potem poczuć słodki smak satysfakcji, kiedy dopadną swoją ofiarę. Sęk w tym, że ofiara tutaj była jedna. I nie był to Joseph. Butny, stary wampir nawet się nie obejrzał za siebie. Oto więc była, zgodnie z jego oczekiwaniami. Tego późnego wieczoru, w tym urokliwym miejscu rozpalonym pomarańczowym blaskiem latarni. Jasne światło migotliwie odbijało się na czystym śniegu. Za każdym razem ten widok zachwycał go tak samo, mimo tylu lat. Tak, zgadza się, było coś absolutnie mesmeryzującego w zimie, w jej nocach jak i dniach. Było też coś urzekającego w tym, że kolejny raz jakiś łowca próbował na niego zapolować. Z jedynej słusznej prawdy - był wampirem. A wampiry krzywdziły ludzi, nie tak?
Wyraźny rozkaz przerwał napięcie i ciszę między nimi. Ona rozkazała, a on zatrzymał się. Zupełnie jakby Geraldine miała tutaj naprawdę jakąkolwiek moc sprawczą i była tą, która może dyktować warunki zabawy.
- Młodej damie nie wypada tak zaczynać konwersacji. - Miał głęboki, mrukliwy i miękki głos. Doskonały do śpiewu, doskonały do snucia opowieści nad kubkiem gorącej czekolady. Nie brzmiał złowrogo, stalowo, ale daleki też był od bardzo miłego. Na pewno jednak był lekki. Powoli obrócił się w stronę Geraldine, spoglądając na nią swoimi jasnymi, stalowymi oczami.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.