12.05.2023, 13:50 ✶
Nie przyglądała się mu nachalnie, nie zauważyła więc tego cienia niezadowolenia, które przemknęło przez twarz Chestera, gdy dowiedział się o narzędziu zbrodni. Było to jednak znacznie oryginalniejsze niż potraktowanie kogoś zaklęciem uśmiercającym, tak popularnym w ostatnich miesiącach. Skuteczne, ale banalne. Gdyby zapytać koronera, wybrałaby trucizny lub zaklęcia związane z kontrolą sił życiowych, a nie zieloną, śmiercionośną wiązkę.
- Tak, zajmuje się już nią odpowiedni człowiek.
Gdy chodziło pracę, zawsze się starała i próbowała szukać rozwiązania zagadki zgonu na własną rękę, często poza wiedzą aurorów lub nawet Lycoris, zostając w kostnicy po nocach. Jej samotne randki z trupami były owocne, nabierała wprawy oraz doświadczenia, które były przecież bezcenne. Konsekwencję płynące z tego trybu życia i przekładania martwych nad żywych były znośne, jej ramiona nie uginały się od ich ciężaru. - Nie mogę obiecać, że próbki będą czyste, ale powinny zdradzić kilka sekretów.
Istniało wiele czynników, które wpływały na jakość takowych — chociażby niewłaściwe obchodzenie się ze zwłokami osób, które je dowoziły do ich chłodni, brud, czasem nawet środki lub okruchy, które często osadzone na materiale ubrania, dostawały się na granicę lub do wnętrza rany.
- Trup to trup, ciężko się nie zgodzić. - skwitowała z delikatnym wzruszeniem ramion, opierając swoje słowa na sposobie wbicia broni, ale jednocześnie Pan Smith niewiele ją obchodził. Był tylko kupą mięśni oraz mięsa, pozbawioną duszy skorupą, która mogłaby przysłużyć się światu do dalszych badań lub też mniej legalnemu, ale również pełnemu tajemnic świata nekromantów. Nie umiałaby wybrać, która z tych dwóch dziedzin potrzebowała narzędzi bardziej, obydwie miały mnóstwo do odkrycia.
Nie miała pojęcia o tym, że jej ojciec jest Śmierciożercą i aktywnie uczestniczy w tym, co tworzył pojawiający się w gazetach mężczyzna. Owszem, miał konserwatywne poglądy i gardził szlamami, poniekąd wpajając takie wartości w swoją latorośl, ale Cynthia uważała, że wybór strony w tym momencie — tak otwarcie, zaszkodziłby jego działalności, nie wspominając już o jej karierze i nauce, która była ważniejsza, niż jakiekolwiek błahostki zewnętrznego świata. - Tak. Cóż za nieszczęście, tyle ich teraz dookoła.
Zagrała trochę, siląc się na smutny uśmiech, zerkając w stronę zwłok z obojętnością w spojrzeniu. Wypadało jej tak mówić, musiała pamiętać o grze pozorów. W końcu Rookwood był wysoko postawionym pracownikiem Ministerstwa, nie chciałaby wzbudzić jego podejrzeń lub nawet nadmiernego zainteresowania, zupełnie nieświadoma tego, jak ich światy już się ze sobą spotykały.
W jakiś sposób wiedziała, że ten przypadek zupełnie go nie obchodzi i bada to, bo musi. Bo tego wymagała od niego praca. Przyglądała mu się chwilę w milczeniu, lustrując oblicze mężczyzny przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu. Dlaczego miała wrażenie, że coraz więcej osób w tej państwowej instytucji sobie pogrywało? Uśmiechnęła się jednak przepraszająco, skłaniając twarz do zakłopotania. - Proszę mi wybaczyć. Nie chciałam zabierać Pańskiego czasu.
Upiła trochę swojego napoju, decydując się na przesunięcie nachodzących ją myśli na bok, gdy pojawi się odpowiedni ku nim moment. Teraz takowego nie było, zresztą tak naprawdę, co ją obchodził Chester i to, co robił ze swoim życiem, a tym bardziej, jak pracował. Był tylko człowiekiem, który niewiele mógł jej w gruncie zaoferować, poza spokojem oraz możliwością dalszego rozwoju tutaj, w kostnicy. Zamierzała z tego skorzystać. Gdy chrząknął, a potem nazwał czarnoksiężnika "Lordem", brew jej na ułamek sekundy drgnęła, jednak zaraz uniosła dłoń, zgarniając niesforny, srebrny kosmyk włosów za ucho, prostując plecy. Nie rozumiała przedrostka, który coraz częściej Voldemortowi dodawano.
Interesujące.
- Oczywiście. Dla neutralnych morderców stanowią oni doskonałą wymówkę. Ma Pan rację, Panie Rookwood. - zgodziła się z delikatnym wzruszeniem ramion, przenosząc wzrok z jego twarzy na papiery. Mimowolnie pomyślała o Louvainie, który był wyjątkowo zaangażowany w aktywność popleczników Czarnego Pana — jak go nazywał. Przecież na niego po części też takie zbrodnie zrzucano. - Mogę w czymś jeszcze Panu pomóc? Jeśli ma Pan jakieś pytania, to śmiało.
Dodała jeszcze ze spokojem w głosie, zaciskając w smukłych palcach pióro, które zaczęło skrobać po przygotowywanych dla niego papierach. Nie powinno zająć to długo. Najdziwniejsze było to, że Chester zupełnie nie wzbudzał w niej strachu lub niepokoju, nie skłaniał jej do uciekania wzrokiem, nawet jeśli emanował taką, a nie inną aurą i chyba nawet trochę Cynthie to zaskoczyło. Miała wrażenie, że gdy przyszła do Ministerstwa, jeszcze na staż — zaraz po powrocie z Nowego Orleanu, gdzie się uczyła i miała okazję poznać Aurora, było zupełnie inaczej. Cóż, praca ze zwłokami pozbywa się u człowieka wrażliwości, zmienia zupełnie podejście do istot żywych i ogranicza paletę wewnętrznych emocji. Nawet ludzi zaczynała traktować jak puzzle. Jaką układanką był Rookwood?
- Tak, zajmuje się już nią odpowiedni człowiek.
Gdy chodziło pracę, zawsze się starała i próbowała szukać rozwiązania zagadki zgonu na własną rękę, często poza wiedzą aurorów lub nawet Lycoris, zostając w kostnicy po nocach. Jej samotne randki z trupami były owocne, nabierała wprawy oraz doświadczenia, które były przecież bezcenne. Konsekwencję płynące z tego trybu życia i przekładania martwych nad żywych były znośne, jej ramiona nie uginały się od ich ciężaru. - Nie mogę obiecać, że próbki będą czyste, ale powinny zdradzić kilka sekretów.
Istniało wiele czynników, które wpływały na jakość takowych — chociażby niewłaściwe obchodzenie się ze zwłokami osób, które je dowoziły do ich chłodni, brud, czasem nawet środki lub okruchy, które często osadzone na materiale ubrania, dostawały się na granicę lub do wnętrza rany.
- Trup to trup, ciężko się nie zgodzić. - skwitowała z delikatnym wzruszeniem ramion, opierając swoje słowa na sposobie wbicia broni, ale jednocześnie Pan Smith niewiele ją obchodził. Był tylko kupą mięśni oraz mięsa, pozbawioną duszy skorupą, która mogłaby przysłużyć się światu do dalszych badań lub też mniej legalnemu, ale również pełnemu tajemnic świata nekromantów. Nie umiałaby wybrać, która z tych dwóch dziedzin potrzebowała narzędzi bardziej, obydwie miały mnóstwo do odkrycia.
Nie miała pojęcia o tym, że jej ojciec jest Śmierciożercą i aktywnie uczestniczy w tym, co tworzył pojawiający się w gazetach mężczyzna. Owszem, miał konserwatywne poglądy i gardził szlamami, poniekąd wpajając takie wartości w swoją latorośl, ale Cynthia uważała, że wybór strony w tym momencie — tak otwarcie, zaszkodziłby jego działalności, nie wspominając już o jej karierze i nauce, która była ważniejsza, niż jakiekolwiek błahostki zewnętrznego świata. - Tak. Cóż za nieszczęście, tyle ich teraz dookoła.
Zagrała trochę, siląc się na smutny uśmiech, zerkając w stronę zwłok z obojętnością w spojrzeniu. Wypadało jej tak mówić, musiała pamiętać o grze pozorów. W końcu Rookwood był wysoko postawionym pracownikiem Ministerstwa, nie chciałaby wzbudzić jego podejrzeń lub nawet nadmiernego zainteresowania, zupełnie nieświadoma tego, jak ich światy już się ze sobą spotykały.
W jakiś sposób wiedziała, że ten przypadek zupełnie go nie obchodzi i bada to, bo musi. Bo tego wymagała od niego praca. Przyglądała mu się chwilę w milczeniu, lustrując oblicze mężczyzny przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu. Dlaczego miała wrażenie, że coraz więcej osób w tej państwowej instytucji sobie pogrywało? Uśmiechnęła się jednak przepraszająco, skłaniając twarz do zakłopotania. - Proszę mi wybaczyć. Nie chciałam zabierać Pańskiego czasu.
Upiła trochę swojego napoju, decydując się na przesunięcie nachodzących ją myśli na bok, gdy pojawi się odpowiedni ku nim moment. Teraz takowego nie było, zresztą tak naprawdę, co ją obchodził Chester i to, co robił ze swoim życiem, a tym bardziej, jak pracował. Był tylko człowiekiem, który niewiele mógł jej w gruncie zaoferować, poza spokojem oraz możliwością dalszego rozwoju tutaj, w kostnicy. Zamierzała z tego skorzystać. Gdy chrząknął, a potem nazwał czarnoksiężnika "Lordem", brew jej na ułamek sekundy drgnęła, jednak zaraz uniosła dłoń, zgarniając niesforny, srebrny kosmyk włosów za ucho, prostując plecy. Nie rozumiała przedrostka, który coraz częściej Voldemortowi dodawano.
Interesujące.
- Oczywiście. Dla neutralnych morderców stanowią oni doskonałą wymówkę. Ma Pan rację, Panie Rookwood. - zgodziła się z delikatnym wzruszeniem ramion, przenosząc wzrok z jego twarzy na papiery. Mimowolnie pomyślała o Louvainie, który był wyjątkowo zaangażowany w aktywność popleczników Czarnego Pana — jak go nazywał. Przecież na niego po części też takie zbrodnie zrzucano. - Mogę w czymś jeszcze Panu pomóc? Jeśli ma Pan jakieś pytania, to śmiało.
Dodała jeszcze ze spokojem w głosie, zaciskając w smukłych palcach pióro, które zaczęło skrobać po przygotowywanych dla niego papierach. Nie powinno zająć to długo. Najdziwniejsze było to, że Chester zupełnie nie wzbudzał w niej strachu lub niepokoju, nie skłaniał jej do uciekania wzrokiem, nawet jeśli emanował taką, a nie inną aurą i chyba nawet trochę Cynthie to zaskoczyło. Miała wrażenie, że gdy przyszła do Ministerstwa, jeszcze na staż — zaraz po powrocie z Nowego Orleanu, gdzie się uczyła i miała okazję poznać Aurora, było zupełnie inaczej. Cóż, praca ze zwłokami pozbywa się u człowieka wrażliwości, zmienia zupełnie podejście do istot żywych i ogranicza paletę wewnętrznych emocji. Nawet ludzi zaczynała traktować jak puzzle. Jaką układanką był Rookwood?