- Mam za to swój kociołek i Czarnego Kota – odpowiedziała z niezwykłą pewnością siebie i lekkim uśmieszkiem, nawet zmrużyła oczy w rozbawieniu. Oto były atrybuty wiedźmy, a nie jakaś tam nieatrakcyjna aparycja. Zresztą ona nie myślała w ogóle w kategoriach mugolskich przesądów – nie znała się na nich i mało ją w ogóle obchodziły. Jedyne co ją interesowało względem mugoli to to, żeby zajmowali się swoim światem i nie dowiedzieli o tym ich.
- Może trochę – może trochę ją ekscytowały groźby… Zależy jakie, zależy wypowiedziane przez kogo i zależy w jakiej sytuacji. Taka groźba o tuleniu przez noc, żeby spała spokojnie to nie była żadna groźba. I nawet jeśli Sauriel nie mówił do końca na serio – to taka wizja była całkiem miła. To też była forma troski. - Jest różnica między braniem czyichś słów na serio, a zdawaniem sobie sprawy, że nie każda zachcianka jest mądra i warta realizowania.
Cóż, ich realcja nie była standardowa. To nie była jakaś tam znajomość, nie była przyjaźń… A jednocześnie była to obietnica czegoś znacznie większego. Więc mówienie o swoich potrzebach było tutaj chyba wskazane? Victoria mogła zgadywać i się domyślać, ale prosty komunikat, że potrzebuje się czyjejś uwagi, atencji i zainteresowania ułatwiał wiele, bo wtedy było jasne, jakie są oczekiwania i można było drugiej osobie dać tego, co chciała. Brunetka nie chciała skakać dookoła Sauriela i mu się narzucać, nie wiedziała czy tego chciał, a nie chciała też popsuć tego, co wypracowali do tej pory stąd te jej bardzo bezpośrednie słowa wypowiedziane po raz drugi: jeśli chcesz mojej atencji, to poproś, nie udawaj. Bo Sauriel nie musiał udawać, że go boli i cierpi, Viki mogła mu okazać zainteresowanie bez tego niepotrzebnego szczegółu.
- Zastanawiałam się czy jest jakaś geneza tej gwiazdeczki i różyczki – zapytała, stojąc ciągle przy oknie. Kwiatek jak kwiatek, Victoria kwiaty uwielbiała, co Sauriel już wiedział. A róża kojarzyła się zwykle z jednym – więc to chyba rzeczywiście do niej pasowało raczej tak sobie.
- Proszę cię, tu prawie nic nie ma – więc czemu nie miałaby zostawić mu domu pod opieką? Bo co, miała się bać, że ją okradnie? Niby z czego, z prześcieradeł? Czy miała się spodziewać, że nagle nasprasza tutaj jakiś element, którego nie chciała mieć w domu? No jakoś jej to nie przyszło do głowy. - Śpij ile chcesz. Ja chyba wrócę na jakiś czas do domu i się doprowadzę do używalności, wpadnę później. Potrzeba ci czegoś? – rzuciła i wróciła do fotela, by równo poukładać poduszkę i koc, które sobie przyniosła, by móc w spokoju czuwać nad Rookwoodem, a po chwili miała już z powrotem szpilki na nogach, tylko jeszcze płaszcza brakowało, by była gotowa do wyjścia.