14.05.2023, 20:46 ✶
I znów ta królowa – nie rozumiała z tego nic. Tym bardziej że gąsienica mówiła coś o rozkazach? Ściąganiu tutaj? Co, gdzie, jak, po co, dlaczego – nic nie składało się w spójną całość. Co gorsza, oberwała dymem prosto w twarz – przez co się rozkaszlała, choć to akurat było najmniejszym problemem – i pozostałe pytania pozostały już całkiem bez odpowiedzi.
A to już większy zgryz – wszak jednak prościej byłoby ruszyć w drogę, mając większe pojęcie o tym, co się tu wyrabiało niż pozostając jedynie ze wskazówką, że być może dowie się czegoś więcej od kota (kota! Choć w sumie – skoro królik kicał w ubraniu, to może i kot miał więcej rozumu, tak samo jak i gąsienica. Zwłaszcza że gąsienice nie mówią i nie palą fajek. Tak że kot do kompletu już nie powinien dziwić…) bądź kucharki. Cóż, jakkolwiek by nie patrzeć, nie pozostawało nic innego, jak pozostawienie Pana Gąsienicy z jego fajką, bez oglądana się przez ramię.
Zeskoczenie z grzyba nie stanowiło łatwego zadania – tym bardziej że odległość jak na standardy Lety nie należała do tych mniej znaczących, niestety. Podchodziła do krawędzi grzyba kilka razy i się cofała o krok, dwa, usiłując zebrać w sobie i przekonać samą siebie, że to naprawdę nie jest aż tak wysoko. Że da sobie radę. W pewnym momencie to nawet usiadła na parę chwil głęboko się zastanawiając nad tym, czy może nie dałoby rady zrobić dziury w kapeluszu tam, gdzie powinien być trzon grzyba i po nim wtedy zejść – obawiała się jednak, iż wzburzy w ten sposób dotychczasowego rozmówcę. A wikłanie się w jakieś starcia nieszczególnie było tym, co w tej chwili chciała zrobić…
Koniec końców, zmusiła się do zeskoczenia. A i tak nie ruszyła dalej od razu – najpierw trwała w bezruchu, starając się uspokoić. I potem upewnić, czy przypadkiem nie zrobiła sobie krzywdy; wszystko jednak wskazywało na to, że nie.
Wnętrze domku zdecydowanie nie pasowało do tego, czego mogła się spodziewać, patrząc na niego z zewnątrz. Ale to nic takiego niezwykłego – niezwykle przydatny czar, zwłaszcza gdy obłożyć nim chociażby namiot, co dawało o wiele większy komfort na wyprawach. Nic niezwykłego – w kwestii rozmiaru. Bo jednak trawa zamiast podłogi to jednak coś, co zdecydowanie nie pasowało, podobnie jak rośliny na suficie czy ścianach. Zupełnie jakby trafiła w ręce zbyt świrniętego profesora od zielarstwa – bo tak sobie to czasem wyobrażała…
Tożsamość tu obecnych wprawiła Letę w konsternację. Annaleight, Ulysses, Cathal, Jamil?! Oni wszyscy – tutaj? Zwłaszcza ten ostatni! Jamil ją tu ściągnął?! Nie, zaraz. Chwila, tu absolutnie nic nie pasowało. Nic! Gdyby jeszcze wyglądali normalnie, a tu o, jeden niczym zając, kolejny niczym królik i jeszcze może działać na zlecenie królowej! Obróciła twarz na wszelki wypadek, żeby nie mógł – w razie czego – z całą pewnością stwierdzić, że Leta to Leta. Choć też pod znakiem zapytania stało, ile się tu mogło znajdować niskich kobiet z bujną czupryną…
No dobrze, kot. Widziała kota, Gąsienica wspominał o kocie, więc skierowała się głównie w jego stronę, przywołując uśmiech na twarz.
- Dzień dobry! Jesteś może kotem z Cheshire? A ty Kucharką? – spytała najprzyjaźniejszym tonem, na jaki ją było stać – Wspomniano mi, że moglibyście mi pomóc z moim problemem… Tak się złożyło, że poszłam za królikiem i znalazłam się… tutaj. A chciałabym wrócić do siebie… tylko jak? Będę bardzo wdzięczna, jeśli moglibyście mi coś w tej kwestii podpowiedzieć – wyrzekła gładko, starając się dostrzec jakiekolwiek oznaki zagrożenia ze strony tych, których właśnie zaczepiła. Bo może należałoby brać nogi za pas…?
A to już większy zgryz – wszak jednak prościej byłoby ruszyć w drogę, mając większe pojęcie o tym, co się tu wyrabiało niż pozostając jedynie ze wskazówką, że być może dowie się czegoś więcej od kota (kota! Choć w sumie – skoro królik kicał w ubraniu, to może i kot miał więcej rozumu, tak samo jak i gąsienica. Zwłaszcza że gąsienice nie mówią i nie palą fajek. Tak że kot do kompletu już nie powinien dziwić…) bądź kucharki. Cóż, jakkolwiek by nie patrzeć, nie pozostawało nic innego, jak pozostawienie Pana Gąsienicy z jego fajką, bez oglądana się przez ramię.
Zeskoczenie z grzyba nie stanowiło łatwego zadania – tym bardziej że odległość jak na standardy Lety nie należała do tych mniej znaczących, niestety. Podchodziła do krawędzi grzyba kilka razy i się cofała o krok, dwa, usiłując zebrać w sobie i przekonać samą siebie, że to naprawdę nie jest aż tak wysoko. Że da sobie radę. W pewnym momencie to nawet usiadła na parę chwil głęboko się zastanawiając nad tym, czy może nie dałoby rady zrobić dziury w kapeluszu tam, gdzie powinien być trzon grzyba i po nim wtedy zejść – obawiała się jednak, iż wzburzy w ten sposób dotychczasowego rozmówcę. A wikłanie się w jakieś starcia nieszczególnie było tym, co w tej chwili chciała zrobić…
Koniec końców, zmusiła się do zeskoczenia. A i tak nie ruszyła dalej od razu – najpierw trwała w bezruchu, starając się uspokoić. I potem upewnić, czy przypadkiem nie zrobiła sobie krzywdy; wszystko jednak wskazywało na to, że nie.
Wnętrze domku zdecydowanie nie pasowało do tego, czego mogła się spodziewać, patrząc na niego z zewnątrz. Ale to nic takiego niezwykłego – niezwykle przydatny czar, zwłaszcza gdy obłożyć nim chociażby namiot, co dawało o wiele większy komfort na wyprawach. Nic niezwykłego – w kwestii rozmiaru. Bo jednak trawa zamiast podłogi to jednak coś, co zdecydowanie nie pasowało, podobnie jak rośliny na suficie czy ścianach. Zupełnie jakby trafiła w ręce zbyt świrniętego profesora od zielarstwa – bo tak sobie to czasem wyobrażała…
Tożsamość tu obecnych wprawiła Letę w konsternację. Annaleight, Ulysses, Cathal, Jamil?! Oni wszyscy – tutaj? Zwłaszcza ten ostatni! Jamil ją tu ściągnął?! Nie, zaraz. Chwila, tu absolutnie nic nie pasowało. Nic! Gdyby jeszcze wyglądali normalnie, a tu o, jeden niczym zając, kolejny niczym królik i jeszcze może działać na zlecenie królowej! Obróciła twarz na wszelki wypadek, żeby nie mógł – w razie czego – z całą pewnością stwierdzić, że Leta to Leta. Choć też pod znakiem zapytania stało, ile się tu mogło znajdować niskich kobiet z bujną czupryną…
No dobrze, kot. Widziała kota, Gąsienica wspominał o kocie, więc skierowała się głównie w jego stronę, przywołując uśmiech na twarz.
- Dzień dobry! Jesteś może kotem z Cheshire? A ty Kucharką? – spytała najprzyjaźniejszym tonem, na jaki ją było stać – Wspomniano mi, że moglibyście mi pomóc z moim problemem… Tak się złożyło, że poszłam za królikiem i znalazłam się… tutaj. A chciałabym wrócić do siebie… tylko jak? Będę bardzo wdzięczna, jeśli moglibyście mi coś w tej kwestii podpowiedzieć – wyrzekła gładko, starając się dostrzec jakiekolwiek oznaki zagrożenia ze strony tych, których właśnie zaczepiła. Bo może należałoby brać nogi za pas…?