20.05.2023, 21:49 ✶
- Nie chciałam Cię wystraszyć, ale nie pomyślałam, żeby Cię uprzedzić. Zapominam o tym.. Taki już mój urok. Przynajmniej się uśmiechnąłeś, to dobry znak. - odpowiedziała mu z charakterystycznym dla siebie, pogodnym brzmieniem głosu, całkiem już normalnym. Dzięki temu, że trzymał ją mocno i stabilnie, zawroty i ewentualny dyskomfort towarzyszący wracaniu do siebie, nie były tak uciążliwie. Jej umysł był odrobinę otumaniony spożytym szamanem, ale była pewna, że mówiła mu o takiej wymianie podczas ich wizyty na targu. Nie próbował nad tym debatować, więc zapewne brunetka uznała, że po prostu się zgodził. I w jakiś sposób wtykanie mu do ust tych wiśni wydawało się jej naturalne, jak impuls, którego nie mogła powstrzymać. Ogólnie rzecz biorąc, to chyba wiele splotów wydarzeń było spowodowanym tym jej właśnie impulsem i spontanicznością, zupełnym ignorowaniem konsekwencji. A potem te uderzały, jak grom z jasnego nieba, paraliżując. Zamierzała sobie powtarzać, że traktuje ją, jak siostrę i to pewnie młodszą, więc nie powinna i nie ma absolutnie żadnego prawa do zazdrości, a w życie jak najprędzej musiał wejść jej sprytny plan.
Nad tym, że nie zwracał uwagi na swoje poranione dłonie, to ona nie chciała się rozwodzić, wiedząc, że by mu nie odpuściła i jeszcze nazwała go niepoważnym. Zakrwawione kostki wymagały interwencji plastrów i środka czyszczącego znacznie szybciej niż biała koszula. Odpowiedzialność i rozsądek Niedźwiadka czasem znikały, gdy przychodziło do niego samego.
- Hmm? - wbiła w niego czekoladowe tęczówki, bo oczywiście nie dokończył zdania, a obydwoje tego nie lubili. Starała się nie trzymać jego rąk zbyt mocno, nie chciała zrobić czegoś głupiego, czego z pewnością siostra by bratu nie zrobiła, a on miał naprawdę wyjątkowy talent do prowokowania jej najgorszych przejawów egoizmu. To przez te błękitne oczy, ale to ustaliła już dawno. Przyglądała mu się wciąż badawczo, a spomiędzy ust uciekło jej mruknięcie zastanowienia, jakby głęboko zastanawiała się nad tym, co powiedział. Czy to był dobry powód? Jej spojrzenie przeniosło się z jego twarzy na jego dłonie, a potem znów przesunęło się ku górze z westchnięciem. - Zawsze bronisz osoby, która tego potrzebuje co? Niech będzie, że to dobry powód.
Przyznała w końcu, wrzucając siebie do worka z całą resztą świata, bo naprawdę ostatniego, czego potrzebowała to uruchomienia głupich trybików w umyśle, które nakierowywały, bo go na niewłaściwie tory. Po co miała psuć im wieczór? Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy, że złapał ją wtedy tak mocno, aby zostawić ślad.
I znów mówił jej rzeczy, których nie powinien i naprawdę musiała postarać się, aby nie uciec od niego wzrokiem, a jedynie uśmiechnąć się figlarnie i ignorować odrobinę różu, która pojawiła się na jej polikach. - Nie wiem, czy to rozsądne, żeby być Aniołem Stróżem chaosu, wiesz? Brzmi, jakbyś brał sobie na barki duży ciężar i jeszcze więcej pracy. Jak będę Ci zawsze tak sprawiała kłopoty, to zaczniesz mnie unikać. I co wtedy? - wzruszyła bezradnie rękoma, krzyżując je następnie pod biustem, uprzednio poprawiając ramiączka czerwonej sukienki. Ruchem głowy zgarnęła pasma na plecy, bo ciągle próbowały przemknąć jej do przodu, łaskocząc szyję. - Może bylibyście z Deniz dobrą parą? Nigdy nie wiesz, dopóki nie spróbujesz. Jednak na tak młodą kobietę, faktycznie jadła Cię wzrokiem. Nie musisz przepraszać, ciesze się, że mogłam Ci pomóc uciec sprzed ołtarza.
Uśmiechnęła się łagodnie, czując jakąś rozlewającą się ciepłem po ciele ulgę na myśl, że jednak nie planował ślubu z jej uroczą i młodą kuzynką. Oczywiście wspierałaby każdą jego decyzję i pomogłaby mu, z czym tylko trzeba, ale w jakiś sposób Deniz do niego faktycznie nie pasowała. Może to przez ilość noszonej przez nią biżuterii, może przez wiek, a może przez salonowe zachowania i takie skrajne romantyczne, które przejawiała? Nijak to współgrało z wolnym duchem z Islandii. Znalazłaby mu lepszą dziewczynę wśród swoich koleżanek, gdyby tylko chciał. Jak na dobrą siostrę przystało. Westchnęła do swoich myśli, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy, gdy ściągnął ją kolejnymi słowami do rzeczywistości. Nie podejrzewała, że reakcja jej matki tak go zirytuje i że fakt jej odcięcia sprawi, że się faktycznie wystraszy. Jego zakrwawione kostki były większym powodem do niepokoju niż jej odcięcie od świata.
Widok za oknem z pewnością był inny — rozciagał się na pola i trochę tutejszego lasu ze wzgórzami, ale zupełnie innego niż ten, który miał w domu. Powietrze było ciepłe i wilgotne, wiatr przyjemnie łaskotał po polikach, nie zostawiając dreszczy. Dookoła rozbrzmiewały cykady oraz głośne, kolorowe ptactwo. Przez chwilę miała ochotę go przytulić, żeby poczuł się lepiej, ale wpatrując się w jego szerokie plecy, a następnie we własne odbicie, uznała, że nie powinna. Jak mogłaby go wesprzeć inaczej, niż odpowiedzieć zgodnie z tym, w co wierzyła oraz zmienić temat, zająć głowę czymś innym? Przesunęła palcami po swoich włosach, zahaczając o wiszące w uszach kolczyki — dwa sztyfty, jeden wiszący i zaczepiony o płatek ucha, bo włożony wyżej. Damy tak nie nosiły, ale Pandora damą nie była, jeśli nie wymagała tego konkretnego zachowania jej matka.
- Będzie dobrze, obiecuje. - słowa te wypowiedziała szybko, dość miękko, pozwalając, aby rozniosły się z cichym echem wśród jasnych ścian. - To prawda, ale życie nie jest sprawiedliwie, a ludzie są chciwi. Przez to nie robią rzeczy, które powinni, bo nie umieją postawić się na miejscu drugiej osoby. Świat tak jednak działa od zawsze Hjalmar, nic z tym nie zrobimy poza tym, że sami postępujemy słusznie.
Nie lubiła, gdy był smutny — nie pasowało to do niego zupełnie. Nawet jeśli przejawiał sobą rozsądek, konsekwencję, odpowiedzialność oraz odrobinę chłodu, to taka bezradność i właśnie smutek psuły obraz, który malował się przed jej oczami. Musiała więc sprawić, żeby znów się uśmiechał. Jak nie alkoholem, to spacerem nad ocean i koszykiem pełnym pyszności, jak obiecała. Będzie mógł odetchnąć na łonie natury, a z tego, co zauważyła, to na niego dobrze działało.
Nie protestował na szczęście, pozwalając się zająć swoimi rękoma i posłusznie usiadł, a ona mogła zająć się resztą. Miała wprawę, ile razy już rozcięła sobie ręce przy pracy nad mechanizmami? Ile razy się wywaliła albo spadła z drabinki? Musiała nauczyć się radzić sobie sama, żeby rodzice się nie wściekali i nie zadawali zbędnych pytań. - Nie masz za co. - odparła cicho, skupiona na oczyszczeniu ranek z krwi. Gdy dłoń mu zadrżała, zacisnęła ją mocniej w palcach i przysunęła bliżej siebie, dmuchając ostrożnie na uszkodzoną skórę. Miał szczęście, że powstrzymała się przed prychnięciem. Z dwojga złego, wolała być siostrą niż mamą i całe szczęście, że więcej jej tak nie nazwał. Już nawet do osiołka była przyzwyczajona, ale wskoczenie w buty rodzica?
- Nie próbowałeś z nią rozmawiać, ale jestem pewna, że byś ją polubił. Bywa zadziorna, jak Ty. Niech będzie jednak świstoklik, to Twoje wakacje. - odpowiedziała z rozbawionym uśmiechem, powstrzymując tym razem wywrócenie oczami, bo faktycznie, mogliby złapać z Marą wspólny język. Dodatkowo przejażdżką na takim skrzydlatym koniu uspokajała, dając poczucie wolności i dostęp do miejsc, gdzie niewielu mugoli mogło dotrzeć o własnych nogach. Chciała mu jednak to przyjęcie wynagrodzić, więc do abrksanów przekona go innym razem. Matki też zachęcały swoje dzieci do próbowania nowych rzeczy. Czuła, że się jej przyglądał, jak nie podniosła na niego wzroku, skupiona na naklejaniu plasterków.
- Wprowadzę trochę kolorów do Twojego wieczora, nie rób takiej niezadowolonej miny. Są urocze, a niebieski pasuje Ci do oczu. - różowego niestety nie miała, a pięknie dopełniłby całości. W Londynie widziała też takie w owoce, może powinna je kupić na przyszłość, gdy znów trafi do Wielkiej Brytanii? Zaśmiała się na jego komentarz, przyglądając się swojemu dziełu z zadowoleniem, zupełnie ignorując jego ewentualne zażalenia dotyczące tego, co robiła z jego dłońmi i czy było to ważne lub całkiem nieważne. Nie była jego ojcem, nie umiała postępować z ludźmi w taki sposób — była miękka, przesadnie troskliwa. Jak jej na kimś lub na czymś zależało, stawała na rzęsach, byle druga strona była zadowolona i cała. Nie krytykowałaby jednak metod Dagura, każdy miał swoje własne, unikalne. Wychował go na dobrego człowieka, więc i te były skuteczne.
Wadą takich ładnych ubrań było ich dopasowanie oraz to, jak ograniczały ruchy. Niezależnie, czy były białą koszulą, czy może dopasowaną sukienką i parą szpilek. Były niepraktyczne, ale robiły wrażenie. Czy ludzie nie tego w tych czasach właśnie tak bardzo szukali? Chcieli przyciągać uwagę, chcieli być obiektem pożądania i dobrze wyglądać, pojawiać się w rozmowach innych.
Widząc jego minę, uniosła delikatnie brew, zaskoczona tym, że on był zaskoczony. Nie poprosiła go przecież o nic złego i o nic takiego wielkiego. - Dziękuje. Masz rodzeństwo, więc pewnie masz wprawę. To nic takiego, tylko sukienka. - wzruszyła delikatnie ramionami, zanim dłonią przytrzymała materiał z przodu, podczas gdy on rozpinał suwak i umożliwiał jej swobodniejsze oddychanie, za co była wdzięczna. Miał ciepłe palce, bijące od nich ciepło rozlało się gęsią skórką po jej skórze, ale nawet nie drgnęła, wbijając spojrzenie gdzieś w przestrzeń przed sobą, zupełnie ignorując odrobinę szybsze bicie serca.
- Mhmm.- odprowadziła go wzrokiem, odchylając głowę do tyłu i pokręciła głową z niedowierzaniem, uśmiechając się zaraz pod nosem, gdy zamknął za sobą drzwi. Podeszła do szafy, decydując się jednak na mugolskie ubrania, a nie uszykowaną wcześniej sukienkę, a gdy szła do łazienki, zerknęła jeszcze na swoje odbicie w lustrze. Cóż, może faktycznie była trochę męska? Chodziła po drzewach, uciekała balkonem. Kobiety tak nie robiły, nawet chyba młodsze siostry tak nie robiły. Przeczesała dłonią włosy, gdy zostawiła na podłodze sukienkę, a zaraz za nią szpilki, a potem zniknęła w łazience, ubierając coś znacznie lepszego na wyprawę nad ocean.
Nie potrzebowała dużo czasu. Włosy niedbale związała w kitkę, wciągnęła czarną koszulkę na ramiączkach z nadrukiem jakiegoś zespołu popularnego wśród mugoli — odrobinę przydużą, której dół wsunęła w swoje pocięte na szorty dzwony. Wsunęła też wygodne buty. Nie miała już czasu zmywać makijażu lub wyjmować kolczyków. Wciągnęła plecak na ramiona, złapała za wiklinowy koszyk — upewniając się, że wszystko tam było. Wódka, jak i przekąski oraz jeden z jej koców z pokoju. Schowała również magiczny aparat, który dostała na ostatnie urodziny oraz mapę nieba, którą mu przygotowała.
- Poprosiłam Kerema, żeby zostawił nam świstoklik na wszelki wypadek na końcu korytarza. Tak sądziłam, że nie będziesz chciał skorzystać z konia. - rzuciła cicho, pogodnym głosem na jego widok i posłała mu krótki uśmiech, zachowując jednak odrobinę bezpiecznego dystansu, jak na dobrą siostrę przystało. Zamiast w stronę schodów, ruszyła w stronę jego pokoju, mijając drzwi i kierując się do znajdującego się na szczycie okna z szerokim parapetem, gdzie leżało kilka przedmiotów. Wystarczyło znaleźć ten, który nie pasował. - Nie wiem, którą plażę nam wybrał, ale i tak będzie lepiej, niż tu. Chodź.
Złapała go pod rękę, zatrzymując palce na materiale lnianej koszuli, a potem chwyciła za zupełnie niepasującą do wystroju figurkę — małą, która przedstawiała jakiegoś kota. Rozległ się cichy świst, nieprzyjemny uścisk w brzuchu, a kilka sekund później, jej rodzinna posiadłość została daleko za nimi.
Wylądowali na piasku, dookoła roznosił się szum wody i krzyk mew, panował półmrok — pojedyńcze latarnie rzucały jakieś światło ze znajdującej się nieopodal drogi, a na samej plaży było wbitych kilka pochodni w piasek, iskrzących się leniwie i przyciągających ćmy. Było jasno, niebo wydawało się bezchmurne, obsypane gwiazdami w towarzystwie połowy srebrnego księżyca. Uśmiechnęła się pod nosem, puszczając jego rękę i rozejrzała dookoła, wciąż drugą dłonią trzymając za brzuch, chociaż wisiał na niej wiklinowy koszyk. Zupełnie, jakby probowała stwierdzić, gdzie się znajdowali. - Mamy naprawdę ładną i ciepłą noc, bałam się, że nic nie będzie widać. - zaczęła w końcu, kucając i zsuwając z nóg buty, pozwoliła zatonąć stopom w ciepłym wciąż piasku. Plaża nie była duża, pozbawiona kamieni i o łagodnym brzegu, a na krańcu znajdował się średniej długości, drewniany pomostek. - Wolisz piasek, czy może drewno? - zapytała, łapiąc buty w ręce przy wstawaniu i wbiła w niego swobodne i już typowo Pandorowe spojrzenie, dając mu oczywiście możliwość wyboru. Jej samej było obojętne, gdzie rozłożą się z tym kocem. Zsunęła plecak z ramion płynnym ruchem, trzymając jednocześnie koszyk oraz buty, opierając go na odkrytym udzie, aby pomóc sobie z rozpięciem zamka i wyjęciem dużego, szerokiego materiału. Wybrała ten największy z pokoju, wykonany z miękkiej bawełny i cały beżowy z małymi frędzlami przy krańcach. Przerzuciła sobie go przez ramię, gdy plecak znów zawisł na jednym ramieniu. - Woda będzie jeszcze naprawdę przyjemna, jeśli lubisz pływać. Nie pamiętam, tylko, czy spakowałam ręcznik, ale zawsze jest różdżka.
Podniosła spojrzenie na chwilę na Islandczyka, zaraz jednak przesunęła je w stronę względnie spokojnego morza, którego fale leniwie rozbijały się o brzeg. Na kilka sekund zacisnęła usta, skupiając się jednak ostatecznie na przyjemnym szumie i tym, aby kosmyki nie przykleiły się jej do ust, wciąż odrobinę maźniętych szminką.
Nad tym, że nie zwracał uwagi na swoje poranione dłonie, to ona nie chciała się rozwodzić, wiedząc, że by mu nie odpuściła i jeszcze nazwała go niepoważnym. Zakrwawione kostki wymagały interwencji plastrów i środka czyszczącego znacznie szybciej niż biała koszula. Odpowiedzialność i rozsądek Niedźwiadka czasem znikały, gdy przychodziło do niego samego.
- Hmm? - wbiła w niego czekoladowe tęczówki, bo oczywiście nie dokończył zdania, a obydwoje tego nie lubili. Starała się nie trzymać jego rąk zbyt mocno, nie chciała zrobić czegoś głupiego, czego z pewnością siostra by bratu nie zrobiła, a on miał naprawdę wyjątkowy talent do prowokowania jej najgorszych przejawów egoizmu. To przez te błękitne oczy, ale to ustaliła już dawno. Przyglądała mu się wciąż badawczo, a spomiędzy ust uciekło jej mruknięcie zastanowienia, jakby głęboko zastanawiała się nad tym, co powiedział. Czy to był dobry powód? Jej spojrzenie przeniosło się z jego twarzy na jego dłonie, a potem znów przesunęło się ku górze z westchnięciem. - Zawsze bronisz osoby, która tego potrzebuje co? Niech będzie, że to dobry powód.
Przyznała w końcu, wrzucając siebie do worka z całą resztą świata, bo naprawdę ostatniego, czego potrzebowała to uruchomienia głupich trybików w umyśle, które nakierowywały, bo go na niewłaściwie tory. Po co miała psuć im wieczór? Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy, że złapał ją wtedy tak mocno, aby zostawić ślad.
I znów mówił jej rzeczy, których nie powinien i naprawdę musiała postarać się, aby nie uciec od niego wzrokiem, a jedynie uśmiechnąć się figlarnie i ignorować odrobinę różu, która pojawiła się na jej polikach. - Nie wiem, czy to rozsądne, żeby być Aniołem Stróżem chaosu, wiesz? Brzmi, jakbyś brał sobie na barki duży ciężar i jeszcze więcej pracy. Jak będę Ci zawsze tak sprawiała kłopoty, to zaczniesz mnie unikać. I co wtedy? - wzruszyła bezradnie rękoma, krzyżując je następnie pod biustem, uprzednio poprawiając ramiączka czerwonej sukienki. Ruchem głowy zgarnęła pasma na plecy, bo ciągle próbowały przemknąć jej do przodu, łaskocząc szyję. - Może bylibyście z Deniz dobrą parą? Nigdy nie wiesz, dopóki nie spróbujesz. Jednak na tak młodą kobietę, faktycznie jadła Cię wzrokiem. Nie musisz przepraszać, ciesze się, że mogłam Ci pomóc uciec sprzed ołtarza.
Uśmiechnęła się łagodnie, czując jakąś rozlewającą się ciepłem po ciele ulgę na myśl, że jednak nie planował ślubu z jej uroczą i młodą kuzynką. Oczywiście wspierałaby każdą jego decyzję i pomogłaby mu, z czym tylko trzeba, ale w jakiś sposób Deniz do niego faktycznie nie pasowała. Może to przez ilość noszonej przez nią biżuterii, może przez wiek, a może przez salonowe zachowania i takie skrajne romantyczne, które przejawiała? Nijak to współgrało z wolnym duchem z Islandii. Znalazłaby mu lepszą dziewczynę wśród swoich koleżanek, gdyby tylko chciał. Jak na dobrą siostrę przystało. Westchnęła do swoich myśli, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy, gdy ściągnął ją kolejnymi słowami do rzeczywistości. Nie podejrzewała, że reakcja jej matki tak go zirytuje i że fakt jej odcięcia sprawi, że się faktycznie wystraszy. Jego zakrwawione kostki były większym powodem do niepokoju niż jej odcięcie od świata.
Widok za oknem z pewnością był inny — rozciagał się na pola i trochę tutejszego lasu ze wzgórzami, ale zupełnie innego niż ten, który miał w domu. Powietrze było ciepłe i wilgotne, wiatr przyjemnie łaskotał po polikach, nie zostawiając dreszczy. Dookoła rozbrzmiewały cykady oraz głośne, kolorowe ptactwo. Przez chwilę miała ochotę go przytulić, żeby poczuł się lepiej, ale wpatrując się w jego szerokie plecy, a następnie we własne odbicie, uznała, że nie powinna. Jak mogłaby go wesprzeć inaczej, niż odpowiedzieć zgodnie z tym, w co wierzyła oraz zmienić temat, zająć głowę czymś innym? Przesunęła palcami po swoich włosach, zahaczając o wiszące w uszach kolczyki — dwa sztyfty, jeden wiszący i zaczepiony o płatek ucha, bo włożony wyżej. Damy tak nie nosiły, ale Pandora damą nie była, jeśli nie wymagała tego konkretnego zachowania jej matka.
- Będzie dobrze, obiecuje. - słowa te wypowiedziała szybko, dość miękko, pozwalając, aby rozniosły się z cichym echem wśród jasnych ścian. - To prawda, ale życie nie jest sprawiedliwie, a ludzie są chciwi. Przez to nie robią rzeczy, które powinni, bo nie umieją postawić się na miejscu drugiej osoby. Świat tak jednak działa od zawsze Hjalmar, nic z tym nie zrobimy poza tym, że sami postępujemy słusznie.
Nie lubiła, gdy był smutny — nie pasowało to do niego zupełnie. Nawet jeśli przejawiał sobą rozsądek, konsekwencję, odpowiedzialność oraz odrobinę chłodu, to taka bezradność i właśnie smutek psuły obraz, który malował się przed jej oczami. Musiała więc sprawić, żeby znów się uśmiechał. Jak nie alkoholem, to spacerem nad ocean i koszykiem pełnym pyszności, jak obiecała. Będzie mógł odetchnąć na łonie natury, a z tego, co zauważyła, to na niego dobrze działało.
Nie protestował na szczęście, pozwalając się zająć swoimi rękoma i posłusznie usiadł, a ona mogła zająć się resztą. Miała wprawę, ile razy już rozcięła sobie ręce przy pracy nad mechanizmami? Ile razy się wywaliła albo spadła z drabinki? Musiała nauczyć się radzić sobie sama, żeby rodzice się nie wściekali i nie zadawali zbędnych pytań. - Nie masz za co. - odparła cicho, skupiona na oczyszczeniu ranek z krwi. Gdy dłoń mu zadrżała, zacisnęła ją mocniej w palcach i przysunęła bliżej siebie, dmuchając ostrożnie na uszkodzoną skórę. Miał szczęście, że powstrzymała się przed prychnięciem. Z dwojga złego, wolała być siostrą niż mamą i całe szczęście, że więcej jej tak nie nazwał. Już nawet do osiołka była przyzwyczajona, ale wskoczenie w buty rodzica?
- Nie próbowałeś z nią rozmawiać, ale jestem pewna, że byś ją polubił. Bywa zadziorna, jak Ty. Niech będzie jednak świstoklik, to Twoje wakacje. - odpowiedziała z rozbawionym uśmiechem, powstrzymując tym razem wywrócenie oczami, bo faktycznie, mogliby złapać z Marą wspólny język. Dodatkowo przejażdżką na takim skrzydlatym koniu uspokajała, dając poczucie wolności i dostęp do miejsc, gdzie niewielu mugoli mogło dotrzeć o własnych nogach. Chciała mu jednak to przyjęcie wynagrodzić, więc do abrksanów przekona go innym razem. Matki też zachęcały swoje dzieci do próbowania nowych rzeczy. Czuła, że się jej przyglądał, jak nie podniosła na niego wzroku, skupiona na naklejaniu plasterków.
- Wprowadzę trochę kolorów do Twojego wieczora, nie rób takiej niezadowolonej miny. Są urocze, a niebieski pasuje Ci do oczu. - różowego niestety nie miała, a pięknie dopełniłby całości. W Londynie widziała też takie w owoce, może powinna je kupić na przyszłość, gdy znów trafi do Wielkiej Brytanii? Zaśmiała się na jego komentarz, przyglądając się swojemu dziełu z zadowoleniem, zupełnie ignorując jego ewentualne zażalenia dotyczące tego, co robiła z jego dłońmi i czy było to ważne lub całkiem nieważne. Nie była jego ojcem, nie umiała postępować z ludźmi w taki sposób — była miękka, przesadnie troskliwa. Jak jej na kimś lub na czymś zależało, stawała na rzęsach, byle druga strona była zadowolona i cała. Nie krytykowałaby jednak metod Dagura, każdy miał swoje własne, unikalne. Wychował go na dobrego człowieka, więc i te były skuteczne.
Wadą takich ładnych ubrań było ich dopasowanie oraz to, jak ograniczały ruchy. Niezależnie, czy były białą koszulą, czy może dopasowaną sukienką i parą szpilek. Były niepraktyczne, ale robiły wrażenie. Czy ludzie nie tego w tych czasach właśnie tak bardzo szukali? Chcieli przyciągać uwagę, chcieli być obiektem pożądania i dobrze wyglądać, pojawiać się w rozmowach innych.
Widząc jego minę, uniosła delikatnie brew, zaskoczona tym, że on był zaskoczony. Nie poprosiła go przecież o nic złego i o nic takiego wielkiego. - Dziękuje. Masz rodzeństwo, więc pewnie masz wprawę. To nic takiego, tylko sukienka. - wzruszyła delikatnie ramionami, zanim dłonią przytrzymała materiał z przodu, podczas gdy on rozpinał suwak i umożliwiał jej swobodniejsze oddychanie, za co była wdzięczna. Miał ciepłe palce, bijące od nich ciepło rozlało się gęsią skórką po jej skórze, ale nawet nie drgnęła, wbijając spojrzenie gdzieś w przestrzeń przed sobą, zupełnie ignorując odrobinę szybsze bicie serca.
- Mhmm.- odprowadziła go wzrokiem, odchylając głowę do tyłu i pokręciła głową z niedowierzaniem, uśmiechając się zaraz pod nosem, gdy zamknął za sobą drzwi. Podeszła do szafy, decydując się jednak na mugolskie ubrania, a nie uszykowaną wcześniej sukienkę, a gdy szła do łazienki, zerknęła jeszcze na swoje odbicie w lustrze. Cóż, może faktycznie była trochę męska? Chodziła po drzewach, uciekała balkonem. Kobiety tak nie robiły, nawet chyba młodsze siostry tak nie robiły. Przeczesała dłonią włosy, gdy zostawiła na podłodze sukienkę, a zaraz za nią szpilki, a potem zniknęła w łazience, ubierając coś znacznie lepszego na wyprawę nad ocean.
Nie potrzebowała dużo czasu. Włosy niedbale związała w kitkę, wciągnęła czarną koszulkę na ramiączkach z nadrukiem jakiegoś zespołu popularnego wśród mugoli — odrobinę przydużą, której dół wsunęła w swoje pocięte na szorty dzwony. Wsunęła też wygodne buty. Nie miała już czasu zmywać makijażu lub wyjmować kolczyków. Wciągnęła plecak na ramiona, złapała za wiklinowy koszyk — upewniając się, że wszystko tam było. Wódka, jak i przekąski oraz jeden z jej koców z pokoju. Schowała również magiczny aparat, który dostała na ostatnie urodziny oraz mapę nieba, którą mu przygotowała.
- Poprosiłam Kerema, żeby zostawił nam świstoklik na wszelki wypadek na końcu korytarza. Tak sądziłam, że nie będziesz chciał skorzystać z konia. - rzuciła cicho, pogodnym głosem na jego widok i posłała mu krótki uśmiech, zachowując jednak odrobinę bezpiecznego dystansu, jak na dobrą siostrę przystało. Zamiast w stronę schodów, ruszyła w stronę jego pokoju, mijając drzwi i kierując się do znajdującego się na szczycie okna z szerokim parapetem, gdzie leżało kilka przedmiotów. Wystarczyło znaleźć ten, który nie pasował. - Nie wiem, którą plażę nam wybrał, ale i tak będzie lepiej, niż tu. Chodź.
Złapała go pod rękę, zatrzymując palce na materiale lnianej koszuli, a potem chwyciła za zupełnie niepasującą do wystroju figurkę — małą, która przedstawiała jakiegoś kota. Rozległ się cichy świst, nieprzyjemny uścisk w brzuchu, a kilka sekund później, jej rodzinna posiadłość została daleko za nimi.
Wylądowali na piasku, dookoła roznosił się szum wody i krzyk mew, panował półmrok — pojedyńcze latarnie rzucały jakieś światło ze znajdującej się nieopodal drogi, a na samej plaży było wbitych kilka pochodni w piasek, iskrzących się leniwie i przyciągających ćmy. Było jasno, niebo wydawało się bezchmurne, obsypane gwiazdami w towarzystwie połowy srebrnego księżyca. Uśmiechnęła się pod nosem, puszczając jego rękę i rozejrzała dookoła, wciąż drugą dłonią trzymając za brzuch, chociaż wisiał na niej wiklinowy koszyk. Zupełnie, jakby probowała stwierdzić, gdzie się znajdowali. - Mamy naprawdę ładną i ciepłą noc, bałam się, że nic nie będzie widać. - zaczęła w końcu, kucając i zsuwając z nóg buty, pozwoliła zatonąć stopom w ciepłym wciąż piasku. Plaża nie była duża, pozbawiona kamieni i o łagodnym brzegu, a na krańcu znajdował się średniej długości, drewniany pomostek. - Wolisz piasek, czy może drewno? - zapytała, łapiąc buty w ręce przy wstawaniu i wbiła w niego swobodne i już typowo Pandorowe spojrzenie, dając mu oczywiście możliwość wyboru. Jej samej było obojętne, gdzie rozłożą się z tym kocem. Zsunęła plecak z ramion płynnym ruchem, trzymając jednocześnie koszyk oraz buty, opierając go na odkrytym udzie, aby pomóc sobie z rozpięciem zamka i wyjęciem dużego, szerokiego materiału. Wybrała ten największy z pokoju, wykonany z miękkiej bawełny i cały beżowy z małymi frędzlami przy krańcach. Przerzuciła sobie go przez ramię, gdy plecak znów zawisł na jednym ramieniu. - Woda będzie jeszcze naprawdę przyjemna, jeśli lubisz pływać. Nie pamiętam, tylko, czy spakowałam ręcznik, ale zawsze jest różdżka.
Podniosła spojrzenie na chwilę na Islandczyka, zaraz jednak przesunęła je w stronę względnie spokojnego morza, którego fale leniwie rozbijały się o brzeg. Na kilka sekund zacisnęła usta, skupiając się jednak ostatecznie na przyjemnym szumie i tym, aby kosmyki nie przykleiły się jej do ust, wciąż odrobinę maźniętych szminką.