22.05.2023, 21:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.08.2024, 09:21 przez Peregrinus Trelawney.)
Atmosfera w mieszkaniu przy Horyzontalnej była bez dwóch zdań gęsta. Ba, gęstniała z każdą chwilą i Peregrinus był wdzięczny za to, że udało mu się zdobyć chwilę wytchnienia w kuchni, gdzie przygotowywał herbatę dla Lyssy. Nie do końca odnajdował swoje miejsce w relacjach między Vakelem a jego córką. Choć podczas wyjazdu wróżbity udało się mu zamienić kilka sympatycznych słów z młodą czarownicą, a samemu Dolohovowi towarzyszył od lat, to gdy w grę wchodzili oboje na raz, pierwsze instynkty kazały mu się wycofać. Jednocześnie jednak jakaś część niego chciała wspierać Vasilija, który wprost sobie nie radził. Pergrinus nie miał pojęcia, jak miałby mu pomóc tak, aby nie pogorszyć przypadkiem sytuacji. Potrafił ułożyć idealnie jego harmonogram, segregować notatki tak jak lubi czy odprawiać petentów, o których wiedział, że pracodawca nie chciał słyszeć od nich słowa. To jednak było coś innego. Coś, do czego nie był pewien, czy powinien się wtrącać.
Tak było pozornie łatwiej. Mimo to świeże było jeszcze w jego pamięci wspomnienie ostatniego razu, gdy się nie wtrącił i pilnował własnego nosa: sprawa małżeństwa Dolohova. Stanowiło to solidny argument za tym, żeby zareagować, jednak Peregrinus wiedział, że to grząski grunt. Groziło to przełamaniem tej mimo wszystko wciąż stojącej między nimi bariery pracodawca-pracownik. Bariery, za którą uporczywie się chował, ponieważ nie do końca wiedział, jak odnalazłby się w roli przyjaciela Vakela. Do tej pory dbanie o niego, pilnowanie, żeby się nie przepracowywał, uzasadniał wykonywaniem obowiązków. Czasem jednak zastanawiał się, czy wciąż sprawdzałby, co u niego, gdyby przestała go wiązać umowa.
Tymczasem ciężko było nawet w korytarzu nie usłyszeć tyrady wykrzyczanej przez Lyssę. Jej oskarżenia nie zrobiły na nim większego wrażenia. Jako wróżbici wysłuchiwali już od najmłodszych lat, jak bezużytecznym rodzajem magii jest ich zajęcie, jak niepewne są jej wyniki. Czy ta magia w ogóle działa? Dawno nauczył się ignorować te opinie, choć ilekroć wypowiadała je bliska osoba, pojawiało się lekkie rozżalenie.
Nie potrafiąc odnaleźć się w tej konfrontacji, Peregrinus zaczął błądzić wzrokiem po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby się skupić. Szybkim, niemal niedosłyszalnym: „chłoszczyść” sprzątnął resztki liści wysypanych z włosów młodej czarownicy.
Wtem, usłyszawszy kolejne słowa Vakela, z zaskoczeniem uniósł głowę. Vasilij Dolohov brzmiał na kompletnie zagubionego, a i drżenie jego ręki nie umknęło asystentowi. Rzadko zdarzało mu się widywać mężczyznę w takim stanie, tak otwarcie poruszonego.
Po wręczeniu Lyssie herbaty, Trelawney instynktownie cofnął się w stronę wróżbity. Sam nie wiedział, czy bardziej z przyzwyczajenia, czy w ramach nieporadnej próby okazania mu wsparcia.
— Ojciec cię nie zostawił, Lysso. I ciężko mi sobie wyobrazić, w jakich okolicznościach by mógł to zrobić — powiedział powoli. Nie były to słowa ani wybitnie wyszukane, ani same w sobie przekonujące: cała ich siła kryła się w tym, że Peregrinus w nie wierzył. Wierzył w serce Dolohova i widział, jak bardzo zależy mu na córce. Ba, ledwie kilka minut temu widział, jak Vasilij zamartwiał się jej nieobecnością. — Nigdy nie pozwoliłby ci iść, gdyby miał choć cień wątpliwości.
Jej histeryczna historia o ludziach, świetle i ataku nie pozostawiała natomiast wątpliwości, kto mógł za tym stać. Coś, czego obawiano się od dawna i o czym oni rozmyślali jeszcze na Ostarze: atak na wielkie wydarzenie skupiające masy czarodziejów.
— Mogłabyś opowiedzieć nam, krok po kroku, co dokładnie się wydarzyło? To światło, ci ludzie… zapewne śmierciożercy. — Zastanawiał się chwilę, czy nie zapędził się z tym pytaniem. Szczególnie że Dolohov zdążył już zarzucić dziewczynę stosem innych, ale ciekawość wzięła nad nim górę.
Tak było pozornie łatwiej. Mimo to świeże było jeszcze w jego pamięci wspomnienie ostatniego razu, gdy się nie wtrącił i pilnował własnego nosa: sprawa małżeństwa Dolohova. Stanowiło to solidny argument za tym, żeby zareagować, jednak Peregrinus wiedział, że to grząski grunt. Groziło to przełamaniem tej mimo wszystko wciąż stojącej między nimi bariery pracodawca-pracownik. Bariery, za którą uporczywie się chował, ponieważ nie do końca wiedział, jak odnalazłby się w roli przyjaciela Vakela. Do tej pory dbanie o niego, pilnowanie, żeby się nie przepracowywał, uzasadniał wykonywaniem obowiązków. Czasem jednak zastanawiał się, czy wciąż sprawdzałby, co u niego, gdyby przestała go wiązać umowa.
Tymczasem ciężko było nawet w korytarzu nie usłyszeć tyrady wykrzyczanej przez Lyssę. Jej oskarżenia nie zrobiły na nim większego wrażenia. Jako wróżbici wysłuchiwali już od najmłodszych lat, jak bezużytecznym rodzajem magii jest ich zajęcie, jak niepewne są jej wyniki. Czy ta magia w ogóle działa? Dawno nauczył się ignorować te opinie, choć ilekroć wypowiadała je bliska osoba, pojawiało się lekkie rozżalenie.
Nie potrafiąc odnaleźć się w tej konfrontacji, Peregrinus zaczął błądzić wzrokiem po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby się skupić. Szybkim, niemal niedosłyszalnym: „chłoszczyść” sprzątnął resztki liści wysypanych z włosów młodej czarownicy.
Wtem, usłyszawszy kolejne słowa Vakela, z zaskoczeniem uniósł głowę. Vasilij Dolohov brzmiał na kompletnie zagubionego, a i drżenie jego ręki nie umknęło asystentowi. Rzadko zdarzało mu się widywać mężczyznę w takim stanie, tak otwarcie poruszonego.
Po wręczeniu Lyssie herbaty, Trelawney instynktownie cofnął się w stronę wróżbity. Sam nie wiedział, czy bardziej z przyzwyczajenia, czy w ramach nieporadnej próby okazania mu wsparcia.
— Ojciec cię nie zostawił, Lysso. I ciężko mi sobie wyobrazić, w jakich okolicznościach by mógł to zrobić — powiedział powoli. Nie były to słowa ani wybitnie wyszukane, ani same w sobie przekonujące: cała ich siła kryła się w tym, że Peregrinus w nie wierzył. Wierzył w serce Dolohova i widział, jak bardzo zależy mu na córce. Ba, ledwie kilka minut temu widział, jak Vasilij zamartwiał się jej nieobecnością. — Nigdy nie pozwoliłby ci iść, gdyby miał choć cień wątpliwości.
Jej histeryczna historia o ludziach, świetle i ataku nie pozostawiała natomiast wątpliwości, kto mógł za tym stać. Coś, czego obawiano się od dawna i o czym oni rozmyślali jeszcze na Ostarze: atak na wielkie wydarzenie skupiające masy czarodziejów.
— Mogłabyś opowiedzieć nam, krok po kroku, co dokładnie się wydarzyło? To światło, ci ludzie… zapewne śmierciożercy. — Zastanawiał się chwilę, czy nie zapędził się z tym pytaniem. Szczególnie że Dolohov zdążył już zarzucić dziewczynę stosem innych, ale ciekawość wzięła nad nim górę.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie