28.05.2023, 23:44 ✶
Czy miała wyrzuty sumienia?
Nie. Każdy pijany mógł się poślizgnąć i wypaść za burtę, gdy na kołyszącym się morzu wysuwał ręce tam, gdzie nie powinien. Nie rozumiała tylko, dlaczego jej obecność na pogrzebie Edwarda była koniecznością, ale ojciec się uparł. Tkwiła więc z wymalowanym na twarzy smutkiem, ubrana w kontrastującą z bladością jej skóry czerń, wysłuchując lamentu oraz słów wsparcia, oraz pocieszenia. Musieli być naprawdę ważnymi wspólnikami dla Pana Flinta, skoro kazał jej to znosić i przytargał z nimi nawet Castiela, który zniknął gdzieś przy poczęstunku. Pogrzeby w Stanach okazały się odrobinę inne od tego, co Cynthia znała z Wielkiej Brytanii. Najpierw odbywało się coś na wzór małego przyjęcia w salce z trumną na środku, gdzie każdy mógł się pożegnać i odczytać kilka słów, był alkohol oraz jedzenie, a później dopiero przenoszono nieboszczyka na cmentarz, gdzie kończył sześć stóp pod ziemią. Z powodu zaawansowanego rozkładu ciała jej niedoszłego męża, wieko pozostawało zamknięte. Wbijała w nie spojrzenie swoich odrobinie naturalnie błękitnych, jasnych oczu, kryjąc twarz za odrobiną czarnego tiulu, który wystawał z jej kapelusza. Miała również czarne, pasujące rękawiczki z delikatnej koronki i elegancką, skromną sukienkę. Młoda czarownica zawsze stawiała na prostotę, nie lubiła robić z siebie choinki. Burza mieniących się srebrem włosów upięta była w eleganckiego koka, a z uszu wystawały maleńkie sztywny z kamyczkiem. Stała prosto, odpowiadając co jakiś czas przypadkowym kobietom oraz mężczyznom z jego rodziny, czasem przenosząc spojrzenie na swojego ojca i licząc, że ten ją uratuje z tego teatrzyku, którego poza Edwardem i rodzicami, główną gwiazdą okazała się "owdowiała" narzeczona. To było śmieszne, ledwo się znali, a chcący zaobrączkować ją delikwent nie był wcale mężczyzną przyjemnym dla oka, dla duszy też nie. Korzystając z chwili, gdzie uwaga skupiła się na lamentującej kobiecie w średnim wieku, przeprosiła stojącą obok dziewczynę i skierowała kroki w stronę wyjścia do ogrodu, chcąc zaczerpnąć powietrza. W okolicznościach, w których ku swojemu niezadowoleniu się znalazła, bardzo łatwo było udawać duszności lub chęć omdlenia, a nikt nie miał do niej o to pretensji.
Powietrze było rześkie, chłodne. Dreszcz przebiegł jej po skórze, gdy podmuch wiatru wdarł się pod ubranie, zostawiając na karku gęsią skórkę, która i tak była przyjemniejsza od tego wszystkiego, co działo się na tym nieszczęsnym pogrzebie. Nie wspominając, że wśród ludzi dostrzegła chyba wszystkie odcienie szarości. Gdy spojrzała ku niebu, ono też okazało się wyjątkowo szare, zakryte gęstymi i ciemnymi chmurami, smętnie oddającymi charakter dzisiejszego dnia. Brakowało tylko nostalgicznego, tragicznego deszczu. Przypomniała sobie o trzymanym w dłoniach kieliszku z szampanem, który złapała z tacy kelnera, gdy opuszczała pomieszczenie. Stukot obcasów przerwał ciszę, gdy zrobiła kilka kroków po brukowanej ścieżce prowadzącej do dalszych części ogrodu. Nie mogła po prostu przeczekać gdzieś tu, aż to wszystko dobiegnie końca. Uniosła dłoń, odsuwając tiul z twarzy, mrużąc przez chwilę oczy i pozwalając sobie na krótkie, subtelne uniesienie kącików maźniętych karminem ust ku górze, odetchnęła głębiej. Usłyszała w tym samym momencie dźwięk, który wybił ją z zamyślenia i sprawił, że odwróciła głowę w stronę jego źródła, którym okazał się młody mężczyzna w ciemnym stroju, którego już przecież widziała. Czy to nie był kuzyn jej niedoszłego męża. Składała mu kondolencje? Stuknęła paznokciami w kieliszek, kierując się w jego stronę i utkwiła w nim spojrzenie, dostosowując odpowiednią do okoliczności maskę, uwieńczoną smutkiem i żałością. Tak na pogrzebach było trzeba. - Bardzo mi przykro z powodu Pańskiej straty. Edward byłby bardzo szczęśliwy, wiedząc, że przyjechał Pan go pożegnać.
Nie miała pojęcia, czy taka była prawda, bo niewiele pamiętała z tego, co Edward do niej mówił. Zwykle były to głupoty lub dwuznaczne sugestie, wszak był starszy od niej.
Nie. Każdy pijany mógł się poślizgnąć i wypaść za burtę, gdy na kołyszącym się morzu wysuwał ręce tam, gdzie nie powinien. Nie rozumiała tylko, dlaczego jej obecność na pogrzebie Edwarda była koniecznością, ale ojciec się uparł. Tkwiła więc z wymalowanym na twarzy smutkiem, ubrana w kontrastującą z bladością jej skóry czerń, wysłuchując lamentu oraz słów wsparcia, oraz pocieszenia. Musieli być naprawdę ważnymi wspólnikami dla Pana Flinta, skoro kazał jej to znosić i przytargał z nimi nawet Castiela, który zniknął gdzieś przy poczęstunku. Pogrzeby w Stanach okazały się odrobinę inne od tego, co Cynthia znała z Wielkiej Brytanii. Najpierw odbywało się coś na wzór małego przyjęcia w salce z trumną na środku, gdzie każdy mógł się pożegnać i odczytać kilka słów, był alkohol oraz jedzenie, a później dopiero przenoszono nieboszczyka na cmentarz, gdzie kończył sześć stóp pod ziemią. Z powodu zaawansowanego rozkładu ciała jej niedoszłego męża, wieko pozostawało zamknięte. Wbijała w nie spojrzenie swoich odrobinie naturalnie błękitnych, jasnych oczu, kryjąc twarz za odrobiną czarnego tiulu, który wystawał z jej kapelusza. Miała również czarne, pasujące rękawiczki z delikatnej koronki i elegancką, skromną sukienkę. Młoda czarownica zawsze stawiała na prostotę, nie lubiła robić z siebie choinki. Burza mieniących się srebrem włosów upięta była w eleganckiego koka, a z uszu wystawały maleńkie sztywny z kamyczkiem. Stała prosto, odpowiadając co jakiś czas przypadkowym kobietom oraz mężczyznom z jego rodziny, czasem przenosząc spojrzenie na swojego ojca i licząc, że ten ją uratuje z tego teatrzyku, którego poza Edwardem i rodzicami, główną gwiazdą okazała się "owdowiała" narzeczona. To było śmieszne, ledwo się znali, a chcący zaobrączkować ją delikwent nie był wcale mężczyzną przyjemnym dla oka, dla duszy też nie. Korzystając z chwili, gdzie uwaga skupiła się na lamentującej kobiecie w średnim wieku, przeprosiła stojącą obok dziewczynę i skierowała kroki w stronę wyjścia do ogrodu, chcąc zaczerpnąć powietrza. W okolicznościach, w których ku swojemu niezadowoleniu się znalazła, bardzo łatwo było udawać duszności lub chęć omdlenia, a nikt nie miał do niej o to pretensji.
Powietrze było rześkie, chłodne. Dreszcz przebiegł jej po skórze, gdy podmuch wiatru wdarł się pod ubranie, zostawiając na karku gęsią skórkę, która i tak była przyjemniejsza od tego wszystkiego, co działo się na tym nieszczęsnym pogrzebie. Nie wspominając, że wśród ludzi dostrzegła chyba wszystkie odcienie szarości. Gdy spojrzała ku niebu, ono też okazało się wyjątkowo szare, zakryte gęstymi i ciemnymi chmurami, smętnie oddającymi charakter dzisiejszego dnia. Brakowało tylko nostalgicznego, tragicznego deszczu. Przypomniała sobie o trzymanym w dłoniach kieliszku z szampanem, który złapała z tacy kelnera, gdy opuszczała pomieszczenie. Stukot obcasów przerwał ciszę, gdy zrobiła kilka kroków po brukowanej ścieżce prowadzącej do dalszych części ogrodu. Nie mogła po prostu przeczekać gdzieś tu, aż to wszystko dobiegnie końca. Uniosła dłoń, odsuwając tiul z twarzy, mrużąc przez chwilę oczy i pozwalając sobie na krótkie, subtelne uniesienie kącików maźniętych karminem ust ku górze, odetchnęła głębiej. Usłyszała w tym samym momencie dźwięk, który wybił ją z zamyślenia i sprawił, że odwróciła głowę w stronę jego źródła, którym okazał się młody mężczyzna w ciemnym stroju, którego już przecież widziała. Czy to nie był kuzyn jej niedoszłego męża. Składała mu kondolencje? Stuknęła paznokciami w kieliszek, kierując się w jego stronę i utkwiła w nim spojrzenie, dostosowując odpowiednią do okoliczności maskę, uwieńczoną smutkiem i żałością. Tak na pogrzebach było trzeba. - Bardzo mi przykro z powodu Pańskiej straty. Edward byłby bardzo szczęśliwy, wiedząc, że przyjechał Pan go pożegnać.
Nie miała pojęcia, czy taka była prawda, bo niewiele pamiętała z tego, co Edward do niej mówił. Zwykle były to głupoty lub dwuznaczne sugestie, wszak był starszy od niej.