30.05.2023, 00:17 ✶
Całe szczęście, że tego czasu na poznanie Edwarda brakło, bo Cynthia mogłaby nie wyjść z podziwu nad ludzką głupotą i męskim ego. Jej niedoszły mąż był tak przerażająco łatwy do odczytania, że już trupy w Nowo Orleańskiej kostnicy kryły w sobie więcej tajemnic. Owszem, rzuciła to, co wypadało i nie zdradzałoby zbyt wiele, a już na pewno nie tego, jak źle o bohaterze tego memoriału myślała. Martin wyglądał znacznie inteligentnej, pomimo tego, że trochę martwo, ale przez wzgląd na zainteresowania i zawód, Flintówna towarzystwo trupów bardzo lubiła. Nawet tych żywych.
A potem rzucił komentarzem tak swobodnym i tak oszałamiająco prawdziwym, zbijającym młodą aktoreczkę z tropu, że wbiła w niego spojrzenie w pierwszych sekundach, co najmniej jakby zobaczyła najbardziej niezwykłą rzecz na świecie, a potem subtelnie drgnęły jej wargi, przez co, aby powstrzymać roześmianie się, musiała dramatycznie zakaszlnąć i się powachlować, bo doskonale wiedziała, że te wszystkie sępy i żałobnicy zerkają na nich z wnętrza sali. Miał rację, doceniała szczerość.
- Nieszczęście, oczywiście. - powtórzyła po nim, przenosząc spojrzenie na szare i zachmurzone niebo, kolejny raz się wachlując dłonią w koronkowej rękawiczce. Tiul zakołysał się przy twarzy pod wpływem lekkiego podmuchy, który również zadarł z dwoma jasnymi pasmami, które uciekły z eleganckiego upięcia. Nawet kok miał dość tego pogrzebu, zaczynał się rozpadać szybciej, niż zwykle.
- A więc to tak. Pański ojciec pewnie bardzo musi przeżywać stratę bratanka. Niech Pan nie zrozumie mnie źle, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego lepiej mój biedny Edward bawił się z Pańskimi braćmi, niż z Panem. - odpowiedziała z dość wymownym spojrzeniem, chociaż głosem oczywiście smutnym i nieszczęśliwym, kołysząc kieliszkiem w dłoni. Dostrzegła zmierzające w ich stronę ciotki, które już trzymały przy twarzach te wielkie chusty z haftami, przez co jej umysł szybko przeanalizował dostępne możliwości ucieczki. Nie zniosłaby kolejnych przytuleń i smrodu przesadnie kwiatowych perfum. Spojrzała na Martina, który również nie wyglądał, jakby miał to znieść. - Zechciałby mi Pan towarzyszyć gdzieś, gdzie mogłabym na chwilę przysiąść oraz odpocząć? Cała ta rozpacz sprawiła, że zakręciła mi się w głowie, a na tarasie widziałam krzesełka.
Zaproponowała nieco głośniej, a ton jej głosu i delikatnie zachwianie się na niebotycznie wysokich szpilkach sprawiły, że cioteczki przystanęły nieco dalej od nich, podsłuchując rzecz jasna i czekając na zielone światło, które umożliwiałoby im atak. Pan Crouch chyba zrozumiał intencję swojej rodziny lub też znajomych, bo faktycznie, kilka sekund później udostępnił jej ramię i ruszyli w stronę wnętrza, a następnie wspomnianego przez nią tarasu, gdzieś przez chwilę będzie można odetchnąć. Nikt nie zwracał im uwagi, bo poza rodzicami Edwarda, to oni byli chyba najbardziej "nieszczęśliwym" duetem w zebranym gronie, który zdaniem świadków, mógł sobie wzajemnie zapewnić wsparcie.
A potem rzucił komentarzem tak swobodnym i tak oszałamiająco prawdziwym, zbijającym młodą aktoreczkę z tropu, że wbiła w niego spojrzenie w pierwszych sekundach, co najmniej jakby zobaczyła najbardziej niezwykłą rzecz na świecie, a potem subtelnie drgnęły jej wargi, przez co, aby powstrzymać roześmianie się, musiała dramatycznie zakaszlnąć i się powachlować, bo doskonale wiedziała, że te wszystkie sępy i żałobnicy zerkają na nich z wnętrza sali. Miał rację, doceniała szczerość.
- Nieszczęście, oczywiście. - powtórzyła po nim, przenosząc spojrzenie na szare i zachmurzone niebo, kolejny raz się wachlując dłonią w koronkowej rękawiczce. Tiul zakołysał się przy twarzy pod wpływem lekkiego podmuchy, który również zadarł z dwoma jasnymi pasmami, które uciekły z eleganckiego upięcia. Nawet kok miał dość tego pogrzebu, zaczynał się rozpadać szybciej, niż zwykle.
- A więc to tak. Pański ojciec pewnie bardzo musi przeżywać stratę bratanka. Niech Pan nie zrozumie mnie źle, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego lepiej mój biedny Edward bawił się z Pańskimi braćmi, niż z Panem. - odpowiedziała z dość wymownym spojrzeniem, chociaż głosem oczywiście smutnym i nieszczęśliwym, kołysząc kieliszkiem w dłoni. Dostrzegła zmierzające w ich stronę ciotki, które już trzymały przy twarzach te wielkie chusty z haftami, przez co jej umysł szybko przeanalizował dostępne możliwości ucieczki. Nie zniosłaby kolejnych przytuleń i smrodu przesadnie kwiatowych perfum. Spojrzała na Martina, który również nie wyglądał, jakby miał to znieść. - Zechciałby mi Pan towarzyszyć gdzieś, gdzie mogłabym na chwilę przysiąść oraz odpocząć? Cała ta rozpacz sprawiła, że zakręciła mi się w głowie, a na tarasie widziałam krzesełka.
Zaproponowała nieco głośniej, a ton jej głosu i delikatnie zachwianie się na niebotycznie wysokich szpilkach sprawiły, że cioteczki przystanęły nieco dalej od nich, podsłuchując rzecz jasna i czekając na zielone światło, które umożliwiałoby im atak. Pan Crouch chyba zrozumiał intencję swojej rodziny lub też znajomych, bo faktycznie, kilka sekund później udostępnił jej ramię i ruszyli w stronę wnętrza, a następnie wspomnianego przez nią tarasu, gdzieś przez chwilę będzie można odetchnąć. Nikt nie zwracał im uwagi, bo poza rodzicami Edwarda, to oni byli chyba najbardziej "nieszczęśliwym" duetem w zebranym gronie, który zdaniem świadków, mógł sobie wzajemnie zapewnić wsparcie.