30.05.2023, 15:29 ✶
Obozowisko rozłożono kawałek od ruin – przebywanie bezpośrednio przy nich mogłoby okazać się niebezpieczne, zważywszy na to, że na razie prac jeszcze nie rozpoczęto. Póki co zabezpieczano teren, załatwiano zezwolenia, modyfikowano pamięć mugolom, którzy się tu dostali i oberwali klątwami, rozglądano się po okolicy… i tak dalej. Cathal czekał więc na Pandorę na skraju lasu, chociaż mogła teren przyszłych wykopalisk dojrzeć z góry – był to teren mniej więcej rozmiarów Hogsmeade, na którym… na razie nie było widać nic specjalnie ciekawego, poza pozostałościami otaczającego go muru i resztek pojedynczych budynków.
W tej chwili na obóz składało się kilka namiotów, rozłożonych pod lasem. Z zewnątrz przedstawiały się mało imponująco, chociaż można było przypuszczać, że przynajmniej część z nich została zabezpieczona jakimiś zaklęciami, a być może niektóre także potraktowano czarami powiększającymi w środku. On był ubrany trochę jak mugol: solidne (i nieco wysłużone) buty, sięgające za kostkę, spodnie, noszące świeże ślady po plamach i ziemi, których nie zdążył usunąć, ciemna koszula. Na głowę nałożył kapelusz, z przyzwyczajenia, ciężkiego do wykorzenienia po Egipcie – chociaż tutaj, w Anglii, w kwietniu, raczej nie był specjalnie potrzebny.
Zmierzył wierzchowca Pandory uważnym spojrzeniem. Nie miał niczego przeciwko magicznym zwierzętom, przyjmował do wiadomości, że większość z nich była całkiem inteligentna, ale też nigdy się nimi nie interesował i nie umiał się z nimi obchodzić – poza wężami może. Nie próbował więc pchać się z rękami do abraxana ani nawet sam do niego zbliżyć, chociaż kiedy ten postanowił obwąchać jego ubranie, Cathal nie okazał zdenerwowania i po prostu mu na to pozwolił. Abraxany Prewettów podobno były całkiem posłuszne, liczył więc, że ten nie postanowi nagle zeżreć mu ręki.
- Bułeczki – powtórzył. Być może w jego głos wkradł się ton rozbawienia, ale ciężko było to orzec, nie znając go dobrze. – Mamy kawę na miejscu. – Inaczej prawdopodobnie Cathal pewnego dnia by nie zdzierżył i podjął próbę uduszenia Alethei albo rzucenia cruciatusa na Jamila. W zachowaniu cierpliwości Shafiqowi wydatnie pomagały kubki kawy oraz od czasu do czasu trochę tytoniu. Nie wspominając o tym, że dzięki nim łatwiej było trzymać się chwili obecnej, nie pozwalając, aby myśli nadmiernie dryfowały ku przeszłości.
– Nie mamy na razie dużo pracy, główną część zaczniemy dopiero w maju. Na razie… sprawdzam źródła i robimy rekonesans. Ale jeżeli chcesz, możesz dziś zobaczyć pułapki przy murze, które w które wpadli mugole – powiedział, po czym machnął ręką w kierunku jednego z namiotów. – Możesz na razie to wszystko wrzucić do niego, a ją zostawić między drzewami. Chyba że wolisz zacząć od rozłożenia swojego namiotu.
Wspominała w końcu, że dysponuje takim, specjalnie dostosowanym do Mary.
– Na miejscu na razie jest tylko parę osób, głównie odpowiadających za zabezpieczenia terenu i tak dalej. Resztę poznasz dopiero za jakiś czas.
W tej chwili na obóz składało się kilka namiotów, rozłożonych pod lasem. Z zewnątrz przedstawiały się mało imponująco, chociaż można było przypuszczać, że przynajmniej część z nich została zabezpieczona jakimiś zaklęciami, a być może niektóre także potraktowano czarami powiększającymi w środku. On był ubrany trochę jak mugol: solidne (i nieco wysłużone) buty, sięgające za kostkę, spodnie, noszące świeże ślady po plamach i ziemi, których nie zdążył usunąć, ciemna koszula. Na głowę nałożył kapelusz, z przyzwyczajenia, ciężkiego do wykorzenienia po Egipcie – chociaż tutaj, w Anglii, w kwietniu, raczej nie był specjalnie potrzebny.
Zmierzył wierzchowca Pandory uważnym spojrzeniem. Nie miał niczego przeciwko magicznym zwierzętom, przyjmował do wiadomości, że większość z nich była całkiem inteligentna, ale też nigdy się nimi nie interesował i nie umiał się z nimi obchodzić – poza wężami może. Nie próbował więc pchać się z rękami do abraxana ani nawet sam do niego zbliżyć, chociaż kiedy ten postanowił obwąchać jego ubranie, Cathal nie okazał zdenerwowania i po prostu mu na to pozwolił. Abraxany Prewettów podobno były całkiem posłuszne, liczył więc, że ten nie postanowi nagle zeżreć mu ręki.
- Bułeczki – powtórzył. Być może w jego głos wkradł się ton rozbawienia, ale ciężko było to orzec, nie znając go dobrze. – Mamy kawę na miejscu. – Inaczej prawdopodobnie Cathal pewnego dnia by nie zdzierżył i podjął próbę uduszenia Alethei albo rzucenia cruciatusa na Jamila. W zachowaniu cierpliwości Shafiqowi wydatnie pomagały kubki kawy oraz od czasu do czasu trochę tytoniu. Nie wspominając o tym, że dzięki nim łatwiej było trzymać się chwili obecnej, nie pozwalając, aby myśli nadmiernie dryfowały ku przeszłości.
– Nie mamy na razie dużo pracy, główną część zaczniemy dopiero w maju. Na razie… sprawdzam źródła i robimy rekonesans. Ale jeżeli chcesz, możesz dziś zobaczyć pułapki przy murze, które w które wpadli mugole – powiedział, po czym machnął ręką w kierunku jednego z namiotów. – Możesz na razie to wszystko wrzucić do niego, a ją zostawić między drzewami. Chyba że wolisz zacząć od rozłożenia swojego namiotu.
Wspominała w końcu, że dysponuje takim, specjalnie dostosowanym do Mary.
– Na miejscu na razie jest tylko parę osób, głównie odpowiadających za zabezpieczenia terenu i tak dalej. Resztę poznasz dopiero za jakiś czas.