30.05.2023, 22:45 ✶
Czytała trochę o Archeologii w ostatnich tygodniach, chcąc się przygotować. Zawsze dużo czytała, jednak gdy miała się w coś zaangażować — niezależnie, czy była to próba przygotowania eliksiru, czy rozmowy z duchem, przechodziła samą siebie. Miała nadzieję na wyzwanie, na całkiem nowe układanki i zagadki, gdzie mogłaby odnaleźć nieznane schematy. Była też ciekawa samego przełożonego, bo nigdy wcześniej nie miała okazji pracować na zlecenie, ale pod kimś — nie tak, że sama sobie była szefową. Nie była pewna, czy będzie umiała się podporządkować Cathalowi, nawet jeśli miał tak ładne, niebieskie oczy. A Pandora miała do takowych słabość.
Przyglądała się z zainteresowaniem, jak Mara przygląda się mężczyźnie, wąchając i trochę przygryzając koszulę, jakby chciała sprawdzić jego reakcję. Faktycznie, ich konie były wyjątkowe, bo umiały mówić, chociaż nie pozwalała na to w obecności innych. Musiała komuś naprawdę zaufać, aby była skłonna zgodzić się, aby zwierzę wpadło w konwersację, a trzeba przyznać, że jej klacz bardzo takowe lubiła. Chodziło jednak o jej bezpieczeństwo, a Panda nie wybaczyłaby sobie, gdyby cokolwiek złotego wierzchowca spotkało, miała ją przecież od małego.
- Wygląda, jakby Cię polubiła. - przyznała, posyłając koniu spojrzenie, które ten odwzajemnił, potrząsając głową, co wprawiło długą grzywę w ruch i poruszenie uchem. Zwierze złożył już skrzydła, ale siodło jej przeszkadzało. Na jego słowo zesztywniała, wbijając w niego nieco zaskoczone, ale i przestraszone spojrzenie, zgarniając luźny, brązowy kosmyk za ucho. - Czyżbyś nie lubił bułeczek i kanapek? Powinnam była zabrać jakieś sałatki? A może babeczki? - zapytała zaniepokojona ewentualnym nakreśleniem sobie u niego kreski, a trzymany przez nią plecak stał się nagle trochę cięższy. - A więc idziemy na wspólne śniadanie z kawą! I to wcale nie tak, że próbuję przekupić szefa. Pierwszy posiłek dnia jest ważny.
Uśmiechnęła się zaraz w naturalny dla siebie sposób, nie chcąc mu wcześniej przerywać. Gdy mówił, kolejny raz omiotła spojrzeniem otaczającą ich przestrzeń, która była znacznie większa, niż Pandora sobie pierwotnie wyobrażała.
- Mhm, zajmę się tym, jak zjemy i uwolnię z tego wszystkiego Marę, bo inaczej się na mnie wścieknie. Mijałyśmy piękne łąki za wzgórzem. - wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, odkładając plecak na ziemie. Zsunęła z ramion kurtkę, rzucając ją niedbale na tobołek i podeszła do konia, zaczynając od zdjęcia siodła. Cały proces zajął raptem kilka minut, zręcznie odpinała kolejne skórzane paski, mówiąc coś do zwierzęcia w międzyczasie wyjmowania mu z pyska uprzęży. Skrzydlaty koń parsknął, a potem odszedł kawałek, aby zaraz puścić się biegiem i zniknąć gdzieś w przestworzach, zapewne na łąkę. Prewettówna w tym czasie odniosła do wskazanego namiotu rzeczy zwierzęcia, a potem swój plecak i kurtkę, a wróciła do Cathala z dwoma papierowymi torbami pełnymi śniadaniowych wypieków z piekarni w Londynie. Pomachała torebkami — w jednym ręku miała jedną, w drugim drugą i oczywiście były podzielone zależnie od przygotowania, na wytrawne oraz słodkie.
- Rozumiem. W takim razie będziemy mieli dużo tych bułeczek. Mam nadzieję, że jesteś głodny. Namiot rozstawię, jak później spojrzę na te pułapki. Nic się tym biedakom, nie stało? Mugolom w sensie. - dopytała z odrobiną troski i zaniepokojenia w głosie, wlepiając spojrzenie w Cathala i delikatnie przytulając do siebie torby z jedzeniem, aby ich nie zgnieść. Nie miała pojęcia, czy miał ochotę na śniadanie na zewnątrz, czy być może w którymś z namiotów. - Właściwie czego się tu można spodziewać? No wiesz, to mój pierwszy raz, czytałam w książkach, ale daleko temu do wykopalisk z Egiptu lub Peru.
Przekręciła głowę z odrobiną zawstydzenia, tłumacząc jednocześnie, że naprawdę próbowała się lepiej przygotować, ale zdaje się, że szukała w niewłaściwym miejscu.
Przyglądała się z zainteresowaniem, jak Mara przygląda się mężczyźnie, wąchając i trochę przygryzając koszulę, jakby chciała sprawdzić jego reakcję. Faktycznie, ich konie były wyjątkowe, bo umiały mówić, chociaż nie pozwalała na to w obecności innych. Musiała komuś naprawdę zaufać, aby była skłonna zgodzić się, aby zwierzę wpadło w konwersację, a trzeba przyznać, że jej klacz bardzo takowe lubiła. Chodziło jednak o jej bezpieczeństwo, a Panda nie wybaczyłaby sobie, gdyby cokolwiek złotego wierzchowca spotkało, miała ją przecież od małego.
- Wygląda, jakby Cię polubiła. - przyznała, posyłając koniu spojrzenie, które ten odwzajemnił, potrząsając głową, co wprawiło długą grzywę w ruch i poruszenie uchem. Zwierze złożył już skrzydła, ale siodło jej przeszkadzało. Na jego słowo zesztywniała, wbijając w niego nieco zaskoczone, ale i przestraszone spojrzenie, zgarniając luźny, brązowy kosmyk za ucho. - Czyżbyś nie lubił bułeczek i kanapek? Powinnam była zabrać jakieś sałatki? A może babeczki? - zapytała zaniepokojona ewentualnym nakreśleniem sobie u niego kreski, a trzymany przez nią plecak stał się nagle trochę cięższy. - A więc idziemy na wspólne śniadanie z kawą! I to wcale nie tak, że próbuję przekupić szefa. Pierwszy posiłek dnia jest ważny.
Uśmiechnęła się zaraz w naturalny dla siebie sposób, nie chcąc mu wcześniej przerywać. Gdy mówił, kolejny raz omiotła spojrzeniem otaczającą ich przestrzeń, która była znacznie większa, niż Pandora sobie pierwotnie wyobrażała.
- Mhm, zajmę się tym, jak zjemy i uwolnię z tego wszystkiego Marę, bo inaczej się na mnie wścieknie. Mijałyśmy piękne łąki za wzgórzem. - wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, odkładając plecak na ziemie. Zsunęła z ramion kurtkę, rzucając ją niedbale na tobołek i podeszła do konia, zaczynając od zdjęcia siodła. Cały proces zajął raptem kilka minut, zręcznie odpinała kolejne skórzane paski, mówiąc coś do zwierzęcia w międzyczasie wyjmowania mu z pyska uprzęży. Skrzydlaty koń parsknął, a potem odszedł kawałek, aby zaraz puścić się biegiem i zniknąć gdzieś w przestworzach, zapewne na łąkę. Prewettówna w tym czasie odniosła do wskazanego namiotu rzeczy zwierzęcia, a potem swój plecak i kurtkę, a wróciła do Cathala z dwoma papierowymi torbami pełnymi śniadaniowych wypieków z piekarni w Londynie. Pomachała torebkami — w jednym ręku miała jedną, w drugim drugą i oczywiście były podzielone zależnie od przygotowania, na wytrawne oraz słodkie.
- Rozumiem. W takim razie będziemy mieli dużo tych bułeczek. Mam nadzieję, że jesteś głodny. Namiot rozstawię, jak później spojrzę na te pułapki. Nic się tym biedakom, nie stało? Mugolom w sensie. - dopytała z odrobiną troski i zaniepokojenia w głosie, wlepiając spojrzenie w Cathala i delikatnie przytulając do siebie torby z jedzeniem, aby ich nie zgnieść. Nie miała pojęcia, czy miał ochotę na śniadanie na zewnątrz, czy być może w którymś z namiotów. - Właściwie czego się tu można spodziewać? No wiesz, to mój pierwszy raz, czytałam w książkach, ale daleko temu do wykopalisk z Egiptu lub Peru.
Przekręciła głowę z odrobiną zawstydzenia, tłumacząc jednocześnie, że naprawdę próbowała się lepiej przygotować, ale zdaje się, że szukała w niewłaściwym miejscu.