30.05.2023, 23:52 ✶
Cynthii było ciężko wyobrazić sobie, że ktokolwiek lubił Edwarda poza jego matką oraz ojcem, nawet wujek nie był jakimś wiarygodnym źródłem sympatii — przynajmniej na tyle, w jakim stopniu zdążyła go poznać. Zdesperowani do małżeństwa oraz seksu mężczyźni, nigdy nie byli przyjemnym, ani też schlebiającym towarzystwem. Nawet widokiem.
- To bardzo praktyczne z jego strony, darzyć sympatią każdego i każdemu dawać szansę. - odpowiedziała po chwili, nie bardzo wiedząc, cóż innego mogła stwierdzić, aby nie obrazić tragicznie zmarłego Edwarda. Życzliwi ludzie mieli jednak w dzisiejszych czasach bardzo trudno, często kończyli obgadywani oraz wyśmiewani za plecami, nagminnie wykorzystywani.
Przed ciotkami trzeba było uciec, natychmiast. Była gotowa użyć wszelkich dostępnych środków, byle nie tonąć w uściskach i kondolencjach, które przecież zupełnie jej nie dotyczyły. Zrobił jej przysługę, nic więcej. Perspektywa stania z nim na ślubnym kobiercu jawiła się Flintównie niczym koszmar o wysokościach.
Przywarła plecami do siedziska, czując jego chłód na skórze, bo miała cienką sukienkę, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. W prosektorium też było chłodno. Gdyby mogła, zsunęłaby szpilki ze stóp, ale niezbyt wypadało. Przesunęła spojrzenie w stronę Martina, który zajął miejsce obok i przez chwilę zastanawiała się, co było jego demonem i co jemu tak odbierało życie, jak się okazało, nie musiała długo czekać na odpowiedź. Plotkujący członkowie rodziny byli najlepszym źródłem informacji. Cynthia zacisnęła dłonie, wygładzając materiał sukienki, koronka przyjemnie drażniła jej bladą skórę, a jasne pasmo spłynęło na policzek, próbując przykleić się do ust. Mężczyzna przyglądał się widokowi, który rozprzestrzeniał się z tarasu. Faktycznie, kołysząca się leniwie tafla wody w stanie, która kontrastowała z szarym niebem i kołysaniem się drzew, mogła być uspokajająca. Dodająca otuchy.
- Przykro mi z powodu Twojej straty. Nie miałam pojęcia. - powiedziała nieco ciszej, ale całkiem szczerze. To musiał być powód jego przygnębienia, utrata małżonki. Na pewno mieli ze sobą więcej szczęścia, niż ona kiedykolwiek dostałaby od Edwarda. Blondynka westchnęła, wstając na chwilę i w cholerę zamknęła drzwi tarasowe, dając im tym samym odrobinę wytchnienia. Nie usiadła na już, oparła się o barierkę, wyglądając do przodu, przesuwając błękitnymi oczami po wszystkim tym, co było przed nią. - Jesteśmy większą tragedią chyba niż mój biedny Edward.
Zauważyła z odrobiną niedowierzania, bo głos ciotek rozbrzmiał w jej głowie, niesiony echem jakby złośliwie, żeby tylko ją odrobinę zirytować. Tak to już było, że z większością rodziny najlepiej było pozostawać na zdjęciach, ograniczać bliższe stosunki. Cyna była przekonana już teraz, że to o niej i Martinie mówiono tego popołudnia najwięcej, a nie o jej narzeczonym i jego zrozpaczonej matce. Zerknęła na tkwiący na palcu pierścionek — uwierał ją, był ciężki i nieprzyjemny, sama nadała mu takiego ciężaru.
- To bardzo praktyczne z jego strony, darzyć sympatią każdego i każdemu dawać szansę. - odpowiedziała po chwili, nie bardzo wiedząc, cóż innego mogła stwierdzić, aby nie obrazić tragicznie zmarłego Edwarda. Życzliwi ludzie mieli jednak w dzisiejszych czasach bardzo trudno, często kończyli obgadywani oraz wyśmiewani za plecami, nagminnie wykorzystywani.
Przed ciotkami trzeba było uciec, natychmiast. Była gotowa użyć wszelkich dostępnych środków, byle nie tonąć w uściskach i kondolencjach, które przecież zupełnie jej nie dotyczyły. Zrobił jej przysługę, nic więcej. Perspektywa stania z nim na ślubnym kobiercu jawiła się Flintównie niczym koszmar o wysokościach.
Przywarła plecami do siedziska, czując jego chłód na skórze, bo miała cienką sukienkę, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. W prosektorium też było chłodno. Gdyby mogła, zsunęłaby szpilki ze stóp, ale niezbyt wypadało. Przesunęła spojrzenie w stronę Martina, który zajął miejsce obok i przez chwilę zastanawiała się, co było jego demonem i co jemu tak odbierało życie, jak się okazało, nie musiała długo czekać na odpowiedź. Plotkujący członkowie rodziny byli najlepszym źródłem informacji. Cynthia zacisnęła dłonie, wygładzając materiał sukienki, koronka przyjemnie drażniła jej bladą skórę, a jasne pasmo spłynęło na policzek, próbując przykleić się do ust. Mężczyzna przyglądał się widokowi, który rozprzestrzeniał się z tarasu. Faktycznie, kołysząca się leniwie tafla wody w stanie, która kontrastowała z szarym niebem i kołysaniem się drzew, mogła być uspokajająca. Dodająca otuchy.
- Przykro mi z powodu Twojej straty. Nie miałam pojęcia. - powiedziała nieco ciszej, ale całkiem szczerze. To musiał być powód jego przygnębienia, utrata małżonki. Na pewno mieli ze sobą więcej szczęścia, niż ona kiedykolwiek dostałaby od Edwarda. Blondynka westchnęła, wstając na chwilę i w cholerę zamknęła drzwi tarasowe, dając im tym samym odrobinę wytchnienia. Nie usiadła na już, oparła się o barierkę, wyglądając do przodu, przesuwając błękitnymi oczami po wszystkim tym, co było przed nią. - Jesteśmy większą tragedią chyba niż mój biedny Edward.
Zauważyła z odrobiną niedowierzania, bo głos ciotek rozbrzmiał w jej głowie, niesiony echem jakby złośliwie, żeby tylko ją odrobinę zirytować. Tak to już było, że z większością rodziny najlepiej było pozostawać na zdjęciach, ograniczać bliższe stosunki. Cyna była przekonana już teraz, że to o niej i Martinie mówiono tego popołudnia najwięcej, a nie o jej narzeczonym i jego zrozpaczonej matce. Zerknęła na tkwiący na palcu pierścionek — uwierał ją, był ciężki i nieprzyjemny, sama nadała mu takiego ciężaru.