04.06.2023, 23:39 ✶
Obserwował ją w sposób wnikliwy, wyłapując wszelkie drobne detale, jakie mógł ujrzeć z miejsca, w którym siedział. To było tak głupie. Dobrze wiedział, że nawet Ashling by go wyśmiała, gdyby jej powiedział, że doznał czegoś takiego poza pełnią. Tego palącego w brzuchu uczucia. I chociaż nie był tępy, to naprawdę chciał skojarzyć ten ucisk w żołądku z widokiem księżyca. Byłoby mu prościej, gdyby to była prawda...
- Powiedziałaś mi przed chwilą, że wolałabyś być moją siłą, więc – jeszcze raz zaciągnął się dymem papierosa – uznaj to za chwilę swojej siły.
Ale to nie była prawda. Alastor po prostu zapragnął się do niej zbliżyć. Przeklętym niech będzie ten bal, za rozpalenie w nim tylu wspomnień, tylu emocji zakopanych gdzieś lata wcześniej. Znowu była w jego głowie i zastanawiał się, czy jutro też w niej będzie. Czy się jutro obudzi i ten widok będzie pierwszą rzeczą, o jakiej pomyśli. Podejście, jakie sobą prezentował, pełne nonszalancji i szczerych uśmiechów, stało się podszyte lekkim zwątpieniem, kiedy tak bezpośrednio zwróciła mu uwagę na ich historię, w szczególności na swoją historię. Mógłby się teraz wycofać, mógłby ulec świadomości tego, że była mężatką i podkulić ogon, ale zabrnął już w tym wszystkim tak daleko, że co miał do stracenia?
- Kiedy wyszłaś za mąż... pomyślałem, że znam swoje miejsce – i nie było ono przy niej – ale nie wyglądałaś na szczególnie zadowoloną, kiedy cię dzisiaj dojrzałem w tłumie i znowu zgubiłem się w byciu dobrym człowiekiem.
Poruszył ustami tak, jakby spróbował czegoś gorzkiego. Bo w istocie te słowa były gorzkie jak diabli, ale Alastor nie czuł wcale ich gorzkości, nie przeszyło go na wskroś zwątpienie, wręcz przeciwnie – nagle wypełniła go ekscytacja. Kiedy wypowiedział to na głos, testując własny limit, zorientował się, że jego granica była mocno zatarta lub nieistniejąca, a on sam mimo wstępnej obawy nie czuł się z tym źle.
Wstał wreszcie. Zgasił końcówkę papierosa o balustradę tarasu, kiepa wyrzucił, nieelegancko łamiąc tym pewnie milion przepisów, po czym otrzepał dłoń i stanął obok pani Lestrange. Tańcząc byli o wiele bliżej siebie, ale dopiero teraz mógł przyjrzeć jej się aż tak dobrze. Bardzo schudła. Dojrzała. Nabrała czegoś, czego nie dostrzegał w niej wcześniej w aż takich ilościach – jakiegoś takiego wewnętrznego chłodu i dystansu. Ale to mu wcale nie przeszkadzało. Taki lód dało się stopić, co udowodniła mu przed chwilą na parkiecie. Ciężko mu było nie wlepić spojrzenia w usta pomalowane czerwoną szminką, nie pochylił się jednak nad nimi, a jedynie zaoferował jej swoje ramię.
- Wszystkim, co musisz zrobić, żeby nie był ostatnim, jest chwycenie mojej ręki. Nigdzie się stąd jeszcze nie wybieram, ale nie licz na to, że do tej muzyki zatańczę z tobą fokstrota, bo się ośmieszymy przed całą salą bogatych ludzi bardziej niż Perseusz.
I poszli w kierunku sali. Kiedy otwierał im drzwi, dodał jeszcze:
- Skoro jestem twoją chwilą słabości – co wbrew pozorom nie przeszkadzało mu aż tak bardzo, jak sugerowały jego wcześniejsze słowa – to mam nadzieję, że będziesz się podczas niej uśmiechała tak jak przed chwilą na parkiecie. Bez choćby sekundy wytchnienia.
- Powiedziałaś mi przed chwilą, że wolałabyś być moją siłą, więc – jeszcze raz zaciągnął się dymem papierosa – uznaj to za chwilę swojej siły.
Ale to nie była prawda. Alastor po prostu zapragnął się do niej zbliżyć. Przeklętym niech będzie ten bal, za rozpalenie w nim tylu wspomnień, tylu emocji zakopanych gdzieś lata wcześniej. Znowu była w jego głowie i zastanawiał się, czy jutro też w niej będzie. Czy się jutro obudzi i ten widok będzie pierwszą rzeczą, o jakiej pomyśli. Podejście, jakie sobą prezentował, pełne nonszalancji i szczerych uśmiechów, stało się podszyte lekkim zwątpieniem, kiedy tak bezpośrednio zwróciła mu uwagę na ich historię, w szczególności na swoją historię. Mógłby się teraz wycofać, mógłby ulec świadomości tego, że była mężatką i podkulić ogon, ale zabrnął już w tym wszystkim tak daleko, że co miał do stracenia?
- Kiedy wyszłaś za mąż... pomyślałem, że znam swoje miejsce – i nie było ono przy niej – ale nie wyglądałaś na szczególnie zadowoloną, kiedy cię dzisiaj dojrzałem w tłumie i znowu zgubiłem się w byciu dobrym człowiekiem.
Poruszył ustami tak, jakby spróbował czegoś gorzkiego. Bo w istocie te słowa były gorzkie jak diabli, ale Alastor nie czuł wcale ich gorzkości, nie przeszyło go na wskroś zwątpienie, wręcz przeciwnie – nagle wypełniła go ekscytacja. Kiedy wypowiedział to na głos, testując własny limit, zorientował się, że jego granica była mocno zatarta lub nieistniejąca, a on sam mimo wstępnej obawy nie czuł się z tym źle.
Wstał wreszcie. Zgasił końcówkę papierosa o balustradę tarasu, kiepa wyrzucił, nieelegancko łamiąc tym pewnie milion przepisów, po czym otrzepał dłoń i stanął obok pani Lestrange. Tańcząc byli o wiele bliżej siebie, ale dopiero teraz mógł przyjrzeć jej się aż tak dobrze. Bardzo schudła. Dojrzała. Nabrała czegoś, czego nie dostrzegał w niej wcześniej w aż takich ilościach – jakiegoś takiego wewnętrznego chłodu i dystansu. Ale to mu wcale nie przeszkadzało. Taki lód dało się stopić, co udowodniła mu przed chwilą na parkiecie. Ciężko mu było nie wlepić spojrzenia w usta pomalowane czerwoną szminką, nie pochylił się jednak nad nimi, a jedynie zaoferował jej swoje ramię.
- Wszystkim, co musisz zrobić, żeby nie był ostatnim, jest chwycenie mojej ręki. Nigdzie się stąd jeszcze nie wybieram, ale nie licz na to, że do tej muzyki zatańczę z tobą fokstrota, bo się ośmieszymy przed całą salą bogatych ludzi bardziej niż Perseusz.
I poszli w kierunku sali. Kiedy otwierał im drzwi, dodał jeszcze:
- Skoro jestem twoją chwilą słabości – co wbrew pozorom nie przeszkadzało mu aż tak bardzo, jak sugerowały jego wcześniejsze słowa – to mam nadzieję, że będziesz się podczas niej uśmiechała tak jak przed chwilą na parkiecie. Bez choćby sekundy wytchnienia.
Koniec sesji
fear is the mind-killer.