05.06.2023, 22:40 ✶
Pandora nie słynęła z umiejętności odmowy, a już na pewno nie Geraldine Yaxley, którą poza Akane, mogła nazwać swoją przyjaciółką. Na tle innych panien z rodów o nazwiskach przyzwoitych lub przynajmniej cieszących się dobrą opinią, one były dość nowoczesne, niezależne i przede wszystkim chłopięce — co z pewnością budziło niezadowolenie u ich rodziców. Zarówno Yaxleyówna, jak i Prewettówna miały szeroki zakres umiejętności, tyle że nie dotyczyły one haftowania, gotowania czy chociażby edukacji, przypisywane były raczej synom. I obydwie kochały to, co robiły.
Blondynka była śliczna, miała dobre serce i przede wszystkim jeden z tych uśmiechów, który zdaniem brunetki miałby szansę na zbawienie świata lub uratowanie człowieka przed marnym losem. Uwielbiała z nią przebywać, znosiła jej słowotoki i pytania, znosiła milion gestów, znosiła po prostu to, jakim chaosem i płomieniem była Turczynka, co na dłuższą metę, tolerowało niewielu. Nie miała pojęcia, kiedy na siebie wpadły i jak to się zaczęło, ale nie miało to absolutnie żadnego znaczenia, bo miała wrażenie, jakby znały się od zawsze. Nawet jeśli praca sprawiała, że nie były w stanie spotkać się przez kilka miesięcy, to i tak, gdy w końcu im się udało, było, jakby minął dopiero dzień lub dwa, odkąd ostatnio miały dla siebie czas. To była jedna z relacji, których nigdy nie chciałaby stracić i na której szczerze się opierała. Geraldine była jedną z niewielu osób, a umówmy się, Dora znała mnóstwo ludzi — które byłaby skłonna poprosić o pomoc, chociaż każdy wiedział, że zwykle to ona takowej udzielała, będąc altruistką beznadziejną, sprawą przegraną, posiadaczką najbardziej różowych okularów w całej Wielkiej Brytanii.
Wspierały się, napędzały własną kreatywność i były za sobą murem. Gdyby Pandora miała rodzeństwo, to chciałaby siostrę taką, jak blondynka.
Odkąd dostała więc list, chodziła podekscytowana i odliczała czas do momentu, aż będzie mogła ją zobaczyć. Nigdy się nie spóźniała, więc do pubu dotarła kilka minut przed czasem, korzystając wyjątkowo teleportacji, a nie swoje abraksana lub magicznego motocykla, nad którym pracowała w ramach zdobywania doświadczenia w działania mechanizmów takich, jakimi były magiczne silniki. Pandora mało spała, mało jadła i miała energii tyle, co pięć przeciętnych osób, więc prędko wpadła do wnętrza, a brązowe ślepia omiotły izbę w poszukiwaniu znajomej czupryny. Ubrana była zwyczajnie, niespecjalnie salonowo. Bladoróżowa, zbyt duża koszula tkwiła w spodniach, a spod niej wystawała biała koszulka na ramiączkach. Spodnie były kiedyś dzwonami, ale ucięła nogawki, bo szczerze ich nienawidziła, a do tego wsunęła proste, zwykłe buty. Burza brązowych, sięgających połowy pleców włosów, upięta była w figlarnego koka, z którego sporo kosmyków zdążyło już uciec i żyć własnym życiem. Dostrzegając jej twarz, Prewettówna rozpromieniła się, czując powstające w policzkach dołeczki. Niczym strzała podbiegła, wsuwając się obok przyjaciółki i objęła ją mocno, zamykając w ramionach i dając jej buziaka w policzek. - Czy Ty sobie zdajesz sprawę, Panno Yaxley, że dawanie mi tak za sobą tęsknić jest absolutnie niedopuszczalne i z pewnością byłby na to paragraf w Ministerstwie? - zapytała z udawaną powagą, może trochę oburzeniem, a gdy raz jeszcze ukradła sobie buziaka, przekręciła głowę, lustrując uważnie spojrzeniem jej twarz. Męski ubiór podkreślał tylko to jak śliczną i dziewczęcą miała buzię. - Żartuję chyba. Stęskniłam się. Pójdę zamówić sobie piwo, nie uciekaj. A może potem coś mocniejszego? Jestem pewna, że masz mi mnóstwo do opowiedzenia!
Puściła ją niechętnie i znów wystrzeliła, jak z procy w stronę barowego szynku, gdzie oparła się na łokciach i zaczekała na barmana. Uraczyła go uśmiechem, krótką konwersacją i zamówiła odpowiedni trunek w dużym kuflu, a także paluszki, z którymi potem ruszyła do stolika, zajmując miejsce naprzeciw kobiety. Oparła się wygodnie, układając dłonie na szkle i zastukała w nie paznokciami, jawnie zniecierpliwiona i zaciekawiona, co się u niej przez ten czas działo.
Blondynka była śliczna, miała dobre serce i przede wszystkim jeden z tych uśmiechów, który zdaniem brunetki miałby szansę na zbawienie świata lub uratowanie człowieka przed marnym losem. Uwielbiała z nią przebywać, znosiła jej słowotoki i pytania, znosiła milion gestów, znosiła po prostu to, jakim chaosem i płomieniem była Turczynka, co na dłuższą metę, tolerowało niewielu. Nie miała pojęcia, kiedy na siebie wpadły i jak to się zaczęło, ale nie miało to absolutnie żadnego znaczenia, bo miała wrażenie, jakby znały się od zawsze. Nawet jeśli praca sprawiała, że nie były w stanie spotkać się przez kilka miesięcy, to i tak, gdy w końcu im się udało, było, jakby minął dopiero dzień lub dwa, odkąd ostatnio miały dla siebie czas. To była jedna z relacji, których nigdy nie chciałaby stracić i na której szczerze się opierała. Geraldine była jedną z niewielu osób, a umówmy się, Dora znała mnóstwo ludzi — które byłaby skłonna poprosić o pomoc, chociaż każdy wiedział, że zwykle to ona takowej udzielała, będąc altruistką beznadziejną, sprawą przegraną, posiadaczką najbardziej różowych okularów w całej Wielkiej Brytanii.
Wspierały się, napędzały własną kreatywność i były za sobą murem. Gdyby Pandora miała rodzeństwo, to chciałaby siostrę taką, jak blondynka.
Odkąd dostała więc list, chodziła podekscytowana i odliczała czas do momentu, aż będzie mogła ją zobaczyć. Nigdy się nie spóźniała, więc do pubu dotarła kilka minut przed czasem, korzystając wyjątkowo teleportacji, a nie swoje abraksana lub magicznego motocykla, nad którym pracowała w ramach zdobywania doświadczenia w działania mechanizmów takich, jakimi były magiczne silniki. Pandora mało spała, mało jadła i miała energii tyle, co pięć przeciętnych osób, więc prędko wpadła do wnętrza, a brązowe ślepia omiotły izbę w poszukiwaniu znajomej czupryny. Ubrana była zwyczajnie, niespecjalnie salonowo. Bladoróżowa, zbyt duża koszula tkwiła w spodniach, a spod niej wystawała biała koszulka na ramiączkach. Spodnie były kiedyś dzwonami, ale ucięła nogawki, bo szczerze ich nienawidziła, a do tego wsunęła proste, zwykłe buty. Burza brązowych, sięgających połowy pleców włosów, upięta była w figlarnego koka, z którego sporo kosmyków zdążyło już uciec i żyć własnym życiem. Dostrzegając jej twarz, Prewettówna rozpromieniła się, czując powstające w policzkach dołeczki. Niczym strzała podbiegła, wsuwając się obok przyjaciółki i objęła ją mocno, zamykając w ramionach i dając jej buziaka w policzek. - Czy Ty sobie zdajesz sprawę, Panno Yaxley, że dawanie mi tak za sobą tęsknić jest absolutnie niedopuszczalne i z pewnością byłby na to paragraf w Ministerstwie? - zapytała z udawaną powagą, może trochę oburzeniem, a gdy raz jeszcze ukradła sobie buziaka, przekręciła głowę, lustrując uważnie spojrzeniem jej twarz. Męski ubiór podkreślał tylko to jak śliczną i dziewczęcą miała buzię. - Żartuję chyba. Stęskniłam się. Pójdę zamówić sobie piwo, nie uciekaj. A może potem coś mocniejszego? Jestem pewna, że masz mi mnóstwo do opowiedzenia!
Puściła ją niechętnie i znów wystrzeliła, jak z procy w stronę barowego szynku, gdzie oparła się na łokciach i zaczekała na barmana. Uraczyła go uśmiechem, krótką konwersacją i zamówiła odpowiedni trunek w dużym kuflu, a także paluszki, z którymi potem ruszyła do stolika, zajmując miejsce naprzeciw kobiety. Oparła się wygodnie, układając dłonie na szkle i zastukała w nie paznokciami, jawnie zniecierpliwiona i zaciekawiona, co się u niej przez ten czas działo.