09.06.2023, 12:45 ✶
Decydując się na objęcie pozycji kapitana drużyny, Moody spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie wiecznej potrzeby niańczenia wszystkich jej członków. Kiedy pierwszy raz ktoś przyszedł do niego z problemem, nie mrugnął nawet, od razu pobiegł z odsieczą. Drugi, trzeci, czwarty raz - zaśmiał się wpierw. A później... później stało się to rutyną. Szczególnie odkąd do drużyny dołączył rozrabiaka Charlie, po którym nie oczekiwał już nawet krzty ogłady. Kiedy cofał się myślami do swoich początków w drużynie, faktycznie przypominał sobie, że niekiedy kierowali się z chłopakami do kapitana z problemami natury zupełnie innej niż Quidditch i teraz pluł sobie w brodę, że nie zorientował się wcześniej, chociaż... prawdę mówiąc, nie było to aż tak złe, jak ktoś mógłby pomyśleć, bo dla Alastora wiele granic było permanentnie zatartych, ta, w której odmawiał komuś bliskiemu pomocy, była jedną z nich. Skoro mógł im pomagać, to im pomagał. Lepiej tak, że mu to zrzucali na barki, niż gdyby ze wszystkim próbowali na siłę poradzić sobie sami.
Wszystko zaczęło się, kiedy siedział na parapecie na jednym z korytarzy prowadzących do wieży Gryfonów. Było jakoś cicho... za cicho. Zimowe światło migało przez okna, malując na ścianach lodowe wzory, odbijając się również na trzymanym przez kapitana zeszycie. On zaś, nie zważając na to, nie potrafiąc docenić bajkowego wręcz oświetlenia, snuł strategie i taktyki, mające poprowadzić jego drużynę do zwycięstwa w zbliżającym się meczu. Wtem, nagle, na korytarzu pojawił się Charlie właśnie, blady jak ściana, biegł i biegł. Ledwo wyhamował na widok swojego kapitana, a później bez słów przekazał mu przynajmniej połowę tej historii - tak się trząsł, jakby spędził na tym śniegu godziny. Coś przeskrobał, znowu - pierwsza myśl, jaka mu przez myśl przeszła, ale Charlie przerwał mu to, jakby miał jakiś magiczny dostęp do tego, co sobie Moody snuł w przestrzeni swojego umysłu.
- Nie ja - powiedział Charlie. - Tym razem nie ja.
Moody westchnął, zamykając zeszyt i chowając go w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Kto więc?
Charlie przełknął ślinę jeszcze raz i tak naprawdę nie musiał mówić już nic.
Moody nie biegł. Szedł przed siebie zdecydowanym krokiem, wyprostowany, z podbródkiem zadartym, jak na najważniejszą osobę w dormitorium przystało. Prefekt domu? Takie osoby imponowały pewnie Gryfonkom, natomiast kapitan drużyny... ha, to dopiero była prestiżowa pozycja - odpowiadał przecież za coś o wiele ważniejszego niż trzymanie się zasad, czy puchar domu, który i tak zgarniały zawsze największe kujony. Puchar Quidditcha - to było coś. Wśród męskich przedstawicieli domu gryfa panowało przeświadczenie, że nie mógł przewodzić nimi byle kto. To musiał być człowiek zdolny do poświęceń. Taki, co się nie zawaha i który się nie boi ryzyka. Ociekający brawurą Alastor nadawał się do tej roli wręcz idealnie. Pandora mogła obserwować, jak niewzruszony niczym, ze spokojną miną i dumny zbliżał się w jej kierunku. Kroki stawiane w tak ciężkich butach, jakie miał na sobie, niosły echo po korytarzach, a on sam z każdą kolejną sekundą zdawać się mógł być coraz groźniejszy. A kiedy już znalazł się obok, wraz z Charlim, który naprawdę mocno starał się dotrzymać mu kroku, ale miał nogi krótsze o jakieś cztery lata i sporo szczęścia jeżeli chodzi o genetykę, przeniósł spojrzenie z Pandory na delikwenta, co z relacji przedstawionej mu po drodze postanwoił zdemolować pół korytarza. Bezceremonialnie złapał go za ucho i pociągnął w dół.
- Ałałała... - poniosło się obok, ale Alastor go zagłuszył:
- COŚ TAKIEGO PRZED OSTATNIM MECZEM ZE ŚLIZGONAMI? CHCESZ, ŻEBY MCGONAGALL CIĘ ZAWIESIŁA? - Uniósł głos, ale panował nad nim na tyle, żeby nie usłyszano go zbyt daleko. Próbował odegrać scenkę mającą przekonać Prewett, że owszem, czekają go jakieś konsekwencje i wcale nie musi tego nigdzie zgłaszać... - Pandoro - zwrócił się do niej po imieniu. Odwrócił się w jej kierunku raz jeszcze, wciąż trzymając dowcipnisia w dole. - Po pierwsze cześć - przywitał się, bo mu się chwilę wcześniej zapomniało - a po drugie, pozwolisz, że my się zajmiemy tym... ekhm... No wiesz.
Wszystko zaczęło się, kiedy siedział na parapecie na jednym z korytarzy prowadzących do wieży Gryfonów. Było jakoś cicho... za cicho. Zimowe światło migało przez okna, malując na ścianach lodowe wzory, odbijając się również na trzymanym przez kapitana zeszycie. On zaś, nie zważając na to, nie potrafiąc docenić bajkowego wręcz oświetlenia, snuł strategie i taktyki, mające poprowadzić jego drużynę do zwycięstwa w zbliżającym się meczu. Wtem, nagle, na korytarzu pojawił się Charlie właśnie, blady jak ściana, biegł i biegł. Ledwo wyhamował na widok swojego kapitana, a później bez słów przekazał mu przynajmniej połowę tej historii - tak się trząsł, jakby spędził na tym śniegu godziny. Coś przeskrobał, znowu - pierwsza myśl, jaka mu przez myśl przeszła, ale Charlie przerwał mu to, jakby miał jakiś magiczny dostęp do tego, co sobie Moody snuł w przestrzeni swojego umysłu.
- Nie ja - powiedział Charlie. - Tym razem nie ja.
Moody westchnął, zamykając zeszyt i chowając go w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Kto więc?
Charlie przełknął ślinę jeszcze raz i tak naprawdę nie musiał mówić już nic.
~ ✶ ~
Moody nie biegł. Szedł przed siebie zdecydowanym krokiem, wyprostowany, z podbródkiem zadartym, jak na najważniejszą osobę w dormitorium przystało. Prefekt domu? Takie osoby imponowały pewnie Gryfonkom, natomiast kapitan drużyny... ha, to dopiero była prestiżowa pozycja - odpowiadał przecież za coś o wiele ważniejszego niż trzymanie się zasad, czy puchar domu, który i tak zgarniały zawsze największe kujony. Puchar Quidditcha - to było coś. Wśród męskich przedstawicieli domu gryfa panowało przeświadczenie, że nie mógł przewodzić nimi byle kto. To musiał być człowiek zdolny do poświęceń. Taki, co się nie zawaha i który się nie boi ryzyka. Ociekający brawurą Alastor nadawał się do tej roli wręcz idealnie. Pandora mogła obserwować, jak niewzruszony niczym, ze spokojną miną i dumny zbliżał się w jej kierunku. Kroki stawiane w tak ciężkich butach, jakie miał na sobie, niosły echo po korytarzach, a on sam z każdą kolejną sekundą zdawać się mógł być coraz groźniejszy. A kiedy już znalazł się obok, wraz z Charlim, który naprawdę mocno starał się dotrzymać mu kroku, ale miał nogi krótsze o jakieś cztery lata i sporo szczęścia jeżeli chodzi o genetykę, przeniósł spojrzenie z Pandory na delikwenta, co z relacji przedstawionej mu po drodze postanwoił zdemolować pół korytarza. Bezceremonialnie złapał go za ucho i pociągnął w dół.
- Ałałała... - poniosło się obok, ale Alastor go zagłuszył:
- COŚ TAKIEGO PRZED OSTATNIM MECZEM ZE ŚLIZGONAMI? CHCESZ, ŻEBY MCGONAGALL CIĘ ZAWIESIŁA? - Uniósł głos, ale panował nad nim na tyle, żeby nie usłyszano go zbyt daleko. Próbował odegrać scenkę mającą przekonać Prewett, że owszem, czekają go jakieś konsekwencje i wcale nie musi tego nigdzie zgłaszać... - Pandoro - zwrócił się do niej po imieniu. Odwrócił się w jej kierunku raz jeszcze, wciąż trzymając dowcipnisia w dole. - Po pierwsze cześć - przywitał się, bo mu się chwilę wcześniej zapomniało - a po drugie, pozwolisz, że my się zajmiemy tym... ekhm... No wiesz.
fear is the mind-killer.