17.06.2023, 16:08 ✶
Pokręciła powoli głową. Oczywiście że nie było to takie proste, tyle że…
- Mówiłam, że nikt nie przychodzi mi na myśl, a nie, że przez nieobecność w Brytanii nikogo takiego być nie może – sprostowała. Fakt faktem, trudno było teraz usiąść i wskazać palcem „o! To ten na pewno nie lubi nas na tyle, żeby chcieć się dobierać do naszych zadków!” - bo przecież wszystko, co działo się tutaj, przynajmniej z punktu widzenia Lety stawało się jakieś takie… mało istotne.
Jej życie toczyło się gdzie indziej i tam co do zasady kierowała swoją uwagę. Co za tym szło, więzi w Brytanii – zwłaszcza te złe – w większości przypadków traciły na znaczeniu i osuwały się w niepamięć.
- Też racja – westchnęła na uwagę Ulyssesa. W istocie, jedna z pierwszych myśli niekoniecznie zaliczała się do racjonalnych. O ile wróg jej ojca w istocie mógł rzucić się na nią samą, żeby pokazać sędziemu Crouch, iż „za wiele sobie pozwala” bądź też wpłynąć po prostu na wyrok w prowadzonej sprawie (czy nawet całkiem odsunąć! Kto tam wie, co takiemu delikwentowi mogło chodzić po głowie), to jaki miałby interes w rzucaniu się na Ulyssesa? Na Cathala to jeszcze, w odwecie za przeszkodzenie w zamierzeniach, niemniej ostatecznie ten element nie wpasowywał się w całość układanki.
Klapnęła na kanapę, przeczesując palcami burzę włosów. I nie, ani trochę im to nie pomogło, wręcz przeciwnie – zdawały się tylko bardziej napuszyć, jakby chciały pokazać, że nikt i nic nie będzie miało nad nimi kontroli. Cóż, gdyby Leta się uparła, to zmusiłaby je do współpracy – co przecież potrafiła zrobić, gdy jej na tym zależało.
Esy i Floresy – punkt wspólny. Przykuło to mocno uwagę Lety. Jak Fawley nie wywoływał żadnych skojarzeń, nie mówiąc już o sprzedawczyni czy Quinbecku, tak Wellington…? Gdyby znajdowali się w komiksie, to niewątpliwie nad głową Crouch zaświeciłaby się właśnie żarówka. Ogromna, oślepiająca swym światłem żarówka.
Bo Wellingtona kojarzyła.
- Wellington... – zaczęła powoli – To jest padalec – oświadczyła w końcu, tonem podszytym irytacją – Wiecie, było kiedyś otwarcie wystawy, a ten… ten... – zapowietrzyła się; musiała odetchnąć, żeby nadal kontynuować – Pamiętam, że stwierdził, iż te znaleziska są gówno warte i zniszczone, bo zastosowano niewłaściwe metody konserwacji i nie przyniosą już żadnego pożytku. I że same wykopaliska prowadzi się w tylko jeden możliwy sposób, bez uwzględniania wszelkich możliwych okoliczności. I jeszcze… a, szkoda gadać – żachnęła się w końcu – W każdym razie ci, co słyszeli tę rozmowę, poparli mnie, nie jego… Cal, nie miałeś z nim przypadkiem na pieńku? – tylko jego knuta w ogródku teraz brakowało, skoro, jak widać, Leta i Ulysses wrzucili tam swoje.
- Mówiłam, że nikt nie przychodzi mi na myśl, a nie, że przez nieobecność w Brytanii nikogo takiego być nie może – sprostowała. Fakt faktem, trudno było teraz usiąść i wskazać palcem „o! To ten na pewno nie lubi nas na tyle, żeby chcieć się dobierać do naszych zadków!” - bo przecież wszystko, co działo się tutaj, przynajmniej z punktu widzenia Lety stawało się jakieś takie… mało istotne.
Jej życie toczyło się gdzie indziej i tam co do zasady kierowała swoją uwagę. Co za tym szło, więzi w Brytanii – zwłaszcza te złe – w większości przypadków traciły na znaczeniu i osuwały się w niepamięć.
- Też racja – westchnęła na uwagę Ulyssesa. W istocie, jedna z pierwszych myśli niekoniecznie zaliczała się do racjonalnych. O ile wróg jej ojca w istocie mógł rzucić się na nią samą, żeby pokazać sędziemu Crouch, iż „za wiele sobie pozwala” bądź też wpłynąć po prostu na wyrok w prowadzonej sprawie (czy nawet całkiem odsunąć! Kto tam wie, co takiemu delikwentowi mogło chodzić po głowie), to jaki miałby interes w rzucaniu się na Ulyssesa? Na Cathala to jeszcze, w odwecie za przeszkodzenie w zamierzeniach, niemniej ostatecznie ten element nie wpasowywał się w całość układanki.
Klapnęła na kanapę, przeczesując palcami burzę włosów. I nie, ani trochę im to nie pomogło, wręcz przeciwnie – zdawały się tylko bardziej napuszyć, jakby chciały pokazać, że nikt i nic nie będzie miało nad nimi kontroli. Cóż, gdyby Leta się uparła, to zmusiłaby je do współpracy – co przecież potrafiła zrobić, gdy jej na tym zależało.
Esy i Floresy – punkt wspólny. Przykuło to mocno uwagę Lety. Jak Fawley nie wywoływał żadnych skojarzeń, nie mówiąc już o sprzedawczyni czy Quinbecku, tak Wellington…? Gdyby znajdowali się w komiksie, to niewątpliwie nad głową Crouch zaświeciłaby się właśnie żarówka. Ogromna, oślepiająca swym światłem żarówka.
Bo Wellingtona kojarzyła.
- Wellington... – zaczęła powoli – To jest padalec – oświadczyła w końcu, tonem podszytym irytacją – Wiecie, było kiedyś otwarcie wystawy, a ten… ten... – zapowietrzyła się; musiała odetchnąć, żeby nadal kontynuować – Pamiętam, że stwierdził, iż te znaleziska są gówno warte i zniszczone, bo zastosowano niewłaściwe metody konserwacji i nie przyniosą już żadnego pożytku. I że same wykopaliska prowadzi się w tylko jeden możliwy sposób, bez uwzględniania wszelkich możliwych okoliczności. I jeszcze… a, szkoda gadać – żachnęła się w końcu – W każdym razie ci, co słyszeli tę rozmowę, poparli mnie, nie jego… Cal, nie miałeś z nim przypadkiem na pieńku? – tylko jego knuta w ogródku teraz brakowało, skoro, jak widać, Leta i Ulysses wrzucili tam swoje.