17.06.2023, 23:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.06.2023, 00:32 przez Cynthia Flint.)
Nie uznawała wcale, jakby zmuszał się do konwersacji z nią lub był mrukliwy, ale może to była kwestia okoliczności lub Edwarda? Gdyby spotkała go w innym czasie oraz miejscu, byłoby inaczej? Trudno było jej stwierdzić. Łatwiej było jej dogadywać się jednak z ludźmi o starej duszy, którzy wydawali się jej zwyczajnie ciekawsi. Może dlatego, że sama nie była przekonana do tego całego uwspółcześniania się przez kolejne pokolenia?
- Ciesze się, bo takie zwykle są najbardziej zapamiętywane. - odparła mimowolnie, wzruszając ramionami, bo faktycznie, ile można słuchać tych wymuszonych, sztucznych i oczywistych słów w swoim kierunku? Nie pamiętała, kiedy dostała komplement, który w jakikolwiek sposób by ją zaskoczył, sprawił, że jej policzki poróżowiałyby naturalnie, a nie z wymuszenia, co często musiała robić. Nie tęskniła za rozmową na temat Edwarda, miała już jego i tej całej pogrzebowej szopki dotaczającej jego osoby, zwyczajnie dosyć. Martin okazał się jakąś formą ucieczki, całkiem intrygującą, głównie przez swój brak "energii życiowej", przypominając odrobinę żywego trupa. Flintówna doskonale odnajdywała się w ich towarzystwie, byli ciekawsi, niż większość Ministerstwa Magii.
Jego sposób bycia - ten, który miała okazję poznać, trwający w tej chwili, dawał wrażenie, jakby za Kordelią tęsknił. Wydawało się jej jednak, że chodziło o coś głębszego, niż śmierć małżonki, bo Cyna nie była kobietą romantyczną i nie umiała wyobrazić sobie siły miłości, która podobno uderzała, niczym grom z jasnego nieba. Emocje były skomplikowane na tyle, ze samo myślenie o nich wyrwało ciche westchnienie spomiędzy jej ust.
- Zabrzmię może okrutnie, ale z jednej strony, czy to nie lepiej dla Ciebie? Podobno gorzej jest tęsknić. - powiedziała z tym swoim chłodnym spokojem w głosie, mimowolnie myśląc o ojcu i jej matce. Stary William nigdy się już nie ożenił, chociaż przypuszczała, że w jego życiu obecne były jakieś kobiety. - Czy stan małżeński zmienia w jakikolwiek sposób codzienność?
Nie miała pojęcia, nie było jej na szczęście dane się przekonać o tym, jak Edward zdewastowałby jej dzień. Była pewna, że tak by było. Blondynka była ułożona, działała według planu, pracowała mnóstwo i była ambitna, często przesadnie. On by tego nie tolerował, kazałby jej pewnie tkwić w domu i zajmować się dziećmi, o których ciągle wspominał. Cynthia miała odwagę wierzyć, że jego żywot zakończyłby się prędzej lub później, na szczęście los zaoszczędził jej związanych z tym formalności. Jego nazwisko też nie pasowało do jej imienia. Zerkając na twarz Martina, wierzyła, że wiązał jakieś nadzieje w związku ze swoim małżeństwem z Kordelią, w przeciwieństwie do tego, jak ona traktowała perspektywę życia z Edwardem. Szkoda, że nie było dane mu sprawdzić, czy by się ziściła.
Co spowodowało te blizny?
Pytanie nie mogło przestać rozbrzmiewać echem w jej głowie, gdy wbijała w niego spojrzenie błękitnych oczu. Nie poganiała go jednak z odpowiedzią, przypuszczając, że temat był dość bolesny i pewnie musiał padać okazjonalnie ofiarą przykrych komentarzy, których podstaw zupełnie nie umiałaby zrozumieć.
- Nie chciałeś skorzystać?- ściągnęła brwi, stukając paznokciami o skórę na ramionach, gdyż oplotła je rękoma. Dlaczego nie chciał się tego pozbyć? Czyżby niosło ze sobą jakąś bliznę sentymentalno-emocjonalną, która mogła być określona mianem przyczyny jego braku entuzjazmu do życia? Przekręciła głowę na bok, jasne pasmo znów spłynęło jej na twarz. - Mogę? - zapytała , obracając się na siedzisku przodem do Martina, wysuwając subtelnie dłoń w jego kierunku, oczywiście nie robiąc niczego bez jego zgody. Nie chciała być nachalna. Jej umysł jednak próbował odnaleźć treści z ksiąg powszechnie tępionych lub takich, które miała okazję przeglądać u wiedźm w Nowym Orleanie.
- Ciesze się, bo takie zwykle są najbardziej zapamiętywane. - odparła mimowolnie, wzruszając ramionami, bo faktycznie, ile można słuchać tych wymuszonych, sztucznych i oczywistych słów w swoim kierunku? Nie pamiętała, kiedy dostała komplement, który w jakikolwiek sposób by ją zaskoczył, sprawił, że jej policzki poróżowiałyby naturalnie, a nie z wymuszenia, co często musiała robić. Nie tęskniła za rozmową na temat Edwarda, miała już jego i tej całej pogrzebowej szopki dotaczającej jego osoby, zwyczajnie dosyć. Martin okazał się jakąś formą ucieczki, całkiem intrygującą, głównie przez swój brak "energii życiowej", przypominając odrobinę żywego trupa. Flintówna doskonale odnajdywała się w ich towarzystwie, byli ciekawsi, niż większość Ministerstwa Magii.
Jego sposób bycia - ten, który miała okazję poznać, trwający w tej chwili, dawał wrażenie, jakby za Kordelią tęsknił. Wydawało się jej jednak, że chodziło o coś głębszego, niż śmierć małżonki, bo Cyna nie była kobietą romantyczną i nie umiała wyobrazić sobie siły miłości, która podobno uderzała, niczym grom z jasnego nieba. Emocje były skomplikowane na tyle, ze samo myślenie o nich wyrwało ciche westchnienie spomiędzy jej ust.
- Zabrzmię może okrutnie, ale z jednej strony, czy to nie lepiej dla Ciebie? Podobno gorzej jest tęsknić. - powiedziała z tym swoim chłodnym spokojem w głosie, mimowolnie myśląc o ojcu i jej matce. Stary William nigdy się już nie ożenił, chociaż przypuszczała, że w jego życiu obecne były jakieś kobiety. - Czy stan małżeński zmienia w jakikolwiek sposób codzienność?
Nie miała pojęcia, nie było jej na szczęście dane się przekonać o tym, jak Edward zdewastowałby jej dzień. Była pewna, że tak by było. Blondynka była ułożona, działała według planu, pracowała mnóstwo i była ambitna, często przesadnie. On by tego nie tolerował, kazałby jej pewnie tkwić w domu i zajmować się dziećmi, o których ciągle wspominał. Cynthia miała odwagę wierzyć, że jego żywot zakończyłby się prędzej lub później, na szczęście los zaoszczędził jej związanych z tym formalności. Jego nazwisko też nie pasowało do jej imienia. Zerkając na twarz Martina, wierzyła, że wiązał jakieś nadzieje w związku ze swoim małżeństwem z Kordelią, w przeciwieństwie do tego, jak ona traktowała perspektywę życia z Edwardem. Szkoda, że nie było dane mu sprawdzić, czy by się ziściła.
Co spowodowało te blizny?
Pytanie nie mogło przestać rozbrzmiewać echem w jej głowie, gdy wbijała w niego spojrzenie błękitnych oczu. Nie poganiała go jednak z odpowiedzią, przypuszczając, że temat był dość bolesny i pewnie musiał padać okazjonalnie ofiarą przykrych komentarzy, których podstaw zupełnie nie umiałaby zrozumieć.
- Nie chciałeś skorzystać?- ściągnęła brwi, stukając paznokciami o skórę na ramionach, gdyż oplotła je rękoma. Dlaczego nie chciał się tego pozbyć? Czyżby niosło ze sobą jakąś bliznę sentymentalno-emocjonalną, która mogła być określona mianem przyczyny jego braku entuzjazmu do życia? Przekręciła głowę na bok, jasne pasmo znów spłynęło jej na twarz. - Mogę? - zapytała , obracając się na siedzisku przodem do Martina, wysuwając subtelnie dłoń w jego kierunku, oczywiście nie robiąc niczego bez jego zgody. Nie chciała być nachalna. Jej umysł jednak próbował odnaleźć treści z ksiąg powszechnie tępionych lub takich, które miała okazję przeglądać u wiedźm w Nowym Orleanie.