20.06.2023, 23:19 ✶
Wyzwaniem było znalezienie czegoś, co sprawiałoby, że życie jest piękne. Czasem te funkcje spełniali inni ludzie, czasem przyjaciele, a czasem kariera. Im starszy był człowiek, tym trudniej było czegoś się złapać, aby nie zwariować w tak szybko zmieniającym się świecie. Pogoń za nowoczesnością nie zawsze był dobry, podobnie, jak odejście od starych prawd i reguł. Nie sądziła, że tyle z Martinem może ją łączyć, chociaż działało zupełnie inaczej, to cel był jednakowy — chęć poczucia czegoś, odebrania bodźców ze świata zewnętrznego. Cynthia nosiła tyle masek, że zapominała czasem, kim była. Miała zasady, reguły i potrzebę kontroli, która dawno już definiowała jej życie, nie dając zbyt wiele przestrzeni na swobodę.
Czy bycie pustym nie było trochę przerażające?
Owszem, człowiek był silny oraz niezależny, ale jakim kosztem.
- Rozumiem. To jednak pokrzepiające, że całe życie się nie zmienia od obrączki i przysięgi.- odparła ze spokojem, faktycznie, czując ulgę. Nie lubiła zaburzać swojego rytmu oraz przyzwyczajeń, zresztą żadnego związku w życiu nie miała i nie była pewna, czy umiałaby chodzić na kompromisy w każdym aspekcie codzienności, który łączył ludzi. Słowa Croucha z pewnością sprawiły, że nieco przychylniej spojrzała w stronę instytucji małżeństwa.
Posiadanie bogactwa i dużego domu z pewnością pomagało.
Jego stwierdzenie zbiło ją z tropu, nieco zaskoczyło i przez ułamek sekundy faktycznie, na bladej i drobnej buzi zagościła emocja zdziwienia, co nie było często spotykane. Musiało więc to być blizną sentymentalną, czymś powiązanym z wydarzeniem, które odmieniło jego życie — nie widziała innego, sensownego powodu, dla którego pragnąłby pozostawić znamiona w takim miejscu. Nie zamierzała jednak pytać, nie była to sprawa Cynthii. Ledwo się znali, nie oczekiwała przecież żadnych zwierzeń i dzielenia trosk życia z Martinem. Musiało być mu ciężko na Londyńskich salonach, gdzie większość bezmózgich i pozbawionych charakteru czarodziejów, skupiało uwagę głównie na aparycji. Mogła udawać największą idiotkę, ale dopóki wyglądała schludnie i odrobinę uwidoczniła swoją sylwetkę, dla większości nie miała siła jej umysłu żadnego znaczenia. Było też tak trochę prościej lawirować w tematach, których społeczeństwo nie akceptowało.
- Nie musisz odwracać wzroku.
Dla niej to nie był problem, nie wzbudzało to w niej nieśmiałości czy niezręczności, nie zmieniało niczego. Skoro dostała pozwolenie, nie mogła tego nie wykorzystać. Jej dłonie powędrowały do góry, a zimne palce przywarły do obydwu policzków z zaskakującą delikatnością i wprawą przesuwając się po kości policzkowej, aż opuszki natrafiły na zagłębienia. - Przypomina trochę zagłębienie po pazurach, ostrze musiało być zaczarowane przez zdolnego czarnoksiężnika. - skomentowała niemalże bezgłośnie, przez co trudno było określić, czy mówiła do siebie, czy może do Croucha. Korzystając z niewielkiej odległości, która ich dzieliła, zlustrowała jego twarz błękitnymi ślepiami. Wyglądały trochę, jak blizny po walce, takie, jakie w niektórych krajach nosiło się z dumą i wzbudzało z nimi podziw. Spotkała się z podobnymi podczas praktyk w Nowym Orleanie, ale na plecach. - Tortury? - szepnęła kolejny raz, tkwiąc tak jeszcze chwilę, zanim cofnęła dłonie.
- Dziękuję, że mi pozwoliłeś.
Czy bycie pustym nie było trochę przerażające?
Owszem, człowiek był silny oraz niezależny, ale jakim kosztem.
- Rozumiem. To jednak pokrzepiające, że całe życie się nie zmienia od obrączki i przysięgi.- odparła ze spokojem, faktycznie, czując ulgę. Nie lubiła zaburzać swojego rytmu oraz przyzwyczajeń, zresztą żadnego związku w życiu nie miała i nie była pewna, czy umiałaby chodzić na kompromisy w każdym aspekcie codzienności, który łączył ludzi. Słowa Croucha z pewnością sprawiły, że nieco przychylniej spojrzała w stronę instytucji małżeństwa.
Posiadanie bogactwa i dużego domu z pewnością pomagało.
Jego stwierdzenie zbiło ją z tropu, nieco zaskoczyło i przez ułamek sekundy faktycznie, na bladej i drobnej buzi zagościła emocja zdziwienia, co nie było często spotykane. Musiało więc to być blizną sentymentalną, czymś powiązanym z wydarzeniem, które odmieniło jego życie — nie widziała innego, sensownego powodu, dla którego pragnąłby pozostawić znamiona w takim miejscu. Nie zamierzała jednak pytać, nie była to sprawa Cynthii. Ledwo się znali, nie oczekiwała przecież żadnych zwierzeń i dzielenia trosk życia z Martinem. Musiało być mu ciężko na Londyńskich salonach, gdzie większość bezmózgich i pozbawionych charakteru czarodziejów, skupiało uwagę głównie na aparycji. Mogła udawać największą idiotkę, ale dopóki wyglądała schludnie i odrobinę uwidoczniła swoją sylwetkę, dla większości nie miała siła jej umysłu żadnego znaczenia. Było też tak trochę prościej lawirować w tematach, których społeczeństwo nie akceptowało.
- Nie musisz odwracać wzroku.
Dla niej to nie był problem, nie wzbudzało to w niej nieśmiałości czy niezręczności, nie zmieniało niczego. Skoro dostała pozwolenie, nie mogła tego nie wykorzystać. Jej dłonie powędrowały do góry, a zimne palce przywarły do obydwu policzków z zaskakującą delikatnością i wprawą przesuwając się po kości policzkowej, aż opuszki natrafiły na zagłębienia. - Przypomina trochę zagłębienie po pazurach, ostrze musiało być zaczarowane przez zdolnego czarnoksiężnika. - skomentowała niemalże bezgłośnie, przez co trudno było określić, czy mówiła do siebie, czy może do Croucha. Korzystając z niewielkiej odległości, która ich dzieliła, zlustrowała jego twarz błękitnymi ślepiami. Wyglądały trochę, jak blizny po walce, takie, jakie w niektórych krajach nosiło się z dumą i wzbudzało z nimi podziw. Spotkała się z podobnymi podczas praktyk w Nowym Orleanie, ale na plecach. - Tortury? - szepnęła kolejny raz, tkwiąc tak jeszcze chwilę, zanim cofnęła dłonie.
- Dziękuję, że mi pozwoliłeś.