Śnieg zachrupał cicho pod eleganckimi, wypucowanymi butami Josepha, kiedy ten powoli obrócił się w stronę swojej rozmówczyni. Swojego kata, jak samą siebie widziała. Łowca, który dopadł ofiarę - tak miała brzmieć ta bajka. I przecież było oczywiste, kto tu kogo łowił. Kto na kogo polował. Srebrzyste włosy przecinane czernią, albo czerń przecinana srebrem, została poruszona dłonią mężczyzny. Ułożone w ładzie spływały na tył jego głowy i swoją długością nie spływały na notatki. Kończyły się swoimi falami i loczkami na szyi. Tak spotkały się spojrzenia - pozornie całkowicie żywe. Geraldine wiedziała jednak aż za dobrze, że gdyby dotknęła tego bladego człowieka to nie byłoby już żadnego wrażenia ludzkości. Mimo braku smrodu rozkładającego się ciała. Mimo tego, że jego inteligentne oczy przeciągały palcami po jej duszy, dotykały, przecinały. A ona odcinała już chyba jego głowę w swojej wyobraźni, czy wbijała kołek w jego klatkę piersiową.
- Hmm... - Czy to było założenie, że konkretnie ona jest damą czy akt grzeczności? Jakiekolwiek myśli były wysnute na temat tej, która za nim tutaj przyszła, pozostały skłębione pod tymi ułożonymi elegancko włosami, którym przyjdzie zaraz trwać w całkowitym nieładzie. Jeśli tylko wierzyć temu, że plan łowczyni zostanie wypełniony. Łowcy tak mieli do siebie, to leżało w ich naturze - ofiarą bezbronną się bawisz. Jeśli ofiara bawić się z tobą nie chce to należy ją poszturchać parę razy łapami, żeby znowu zaczęła skakać tak, jak tego zapragniesz. - To może być nadinterpretacja. - Podzielił się w końcu fragmentem myśli, ale nie nastało to od razu. Nie było napięcia w jego gardle, spięcia mięśni, które sugerowałoby, że ta zabawka, która wpadła w dłonie Geraldine, była do zabawy gotowa. Nie była. Ale też wampiry nie były zabawkami, którym należało pozwolić na otrzymanie szansy. Szansy na jakąkolwiek obronę. Bo czy rzeczywiście były straszniejsze bestie ponad te, co podawały się za ludzi? Pomiędzy liśćmi Joseph był dobrze schowany. W końcu kto szuka pojedynczego liścia w lesie?
Wampir nawet się nie poruszył, kiedy ten kruchy, szlachetny śnieg pokryła mleczna mgła. Przesunęła się złudnie między czerwonymi cegłami budynków, które dawno straciły swój blask i kolor w minionych latach. Stalowe, jasne oczy zalśniły czerwienią, gdy mrok objął jego pas jak dłonie dawnego kochanka. Pomiędzy mgłą przesunął się cień rosnącej sylwetki, gdy mordercza cisza osiadła na soplach zwisających z krańców dachów. Cisza. Tutaj, gdzie nikt usłyszy krzyku. Gdzie do nikogo nie dotrze płacz. Właśnie tutaj. O sztuce Nocnej Mary niektórzy wiedzieli, a inni opowiadali sobie legendy o potworach wyłażących z ciała, rozrywających skórę, wyduszających wrzask z płuc. Lecz opowiedzieć, usłyszeć, przeczytać - jak to się miało do tego, by tego doświadczyć?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.