28.06.2023, 14:44 ✶
Przeklęte uczucia.
Czy to na pewno wciąż był ten sam on, czy coś z nim jednak było nie tak? Chyba to drugie, bo kiedy tylko Eden otworzyła usta, Moody znowu uśmiechnął się w ten głupi sposób - ten, który od razu pokazuje, że to jest uśmiech pojawiający się na twarzy mimowolnie, nawet gdyby chciało się za wszelką cenę utrzymać jej pokerowy wyraz.
- Ciebie też miło widzieć - skomentował głośno tekst o tym, jak bardzo nie chciała tutaj być, ale nie wziął tego do siebie. W gruncie rzeczy... on też nie chciał tutaj być. Istniało milion o wiele ciekawszych zajęć od przeszukiwania mieszkania kogoś, kogo i tak zamknięto już w areszcie. Będąc tutaj tracił możliwość prześcignięcia Atreusa w niezwykle istotnym rankingu, który gwarantował w Biurze Aurorów prestiż bycia uznanym za najpotężniejszego samca w tym miesiącu. (Oczywiście, gdyby go ktokolwiek o to zapytał, to by o żadnej rywalizacji nie wiedział, przecież to była ciężka praca, a nie zabawa...) Z drugiej strony... Trzeba było tylko na niego spojrzeć, żeby wiedzieć, jak wiele zmieniała tutaj jej obecność. Bo wystarczył moment i nagle nie widzieli się miesiąc temu. Miesiąc temu?! To na pewno nie był miesiąc, to musiało być ledwie wczoraj, albo przynajmniej w zeszłym tygodniu, bo pamiętał całą scenę tak wyraźnie, jakby mu ją ktoś wyrył w umyśle dłutem. - Biuro przesyła uniżone przeprosiny, główny Moody - mając tutaj oczywiście na myśli Harper - był dzisiaj zajęty, ale przyszedłem w zastępstwie. Co byś zrobiła, gdybym po prostu chciał, żebyś podała mi klucze?
Ściskając jej dłoń, zachował karykaturalnie poważny ton głosu.
- Niekoniecznie, ale często bywam w The Loft, szczególnie w te piątki o dziewiętnastej - rzucił, z pełną świadomością tego, że było to dosyć ryzykowne, ale... Załapie aluzję na pewno, bo głupia nie była. Z chęciami mogło tutaj być gorzej, bo przecież nie tylko on milczał od marca, ona też. Co najgorszego może się stać? Zgasi go jak peta?
Po tych wszystkich latach już do tego przywykł.
- A ja specjalnie na tę okazję pucowałem ją pół nocy, żeby ci pokazać, jaki mam wysoki stopień na komendzie - wywrócił oczami, zakładając z powrotem skórzaną rękawiczkę. Nie wykonał jednak jej polecenia, a jedynie rzucił: Oczywiście, mamo, jak będziemy wychodzić.
Bridgers oglądała tę scenę z lekko rozchylonymi ustami. Odpłynęła gdzieś, więc wpierw nie zareagowała na to, co powiedziała od niej Eden. Dopiero po kilkunastu sekundach podskoczyła w miejscu, wydając z siebie niewyraźny, piskliwy dźwięk.
- Eee... tak. Przepraszam, zamyśliłam się. - W głośny sposób przełknęła ślinę, zaciskając palce na tej teczce. Następnie otworzyła ją, stanęła obok Lestrange i zaczęła kartkować dokumenty. Nie znalazło się wśród nich nic zaskakującego - to była po prostu kopia tego, co przekazano już listownie. - Jak pani widzi, wszystkie posiadają oficjalne pieczęcie, będę potrzebowała też pani podpisu o tutaj... To potwierdzenie tego, że otworzyła nam pani dzisiaj drzwi. Może pani towarzyszyć nam w środku lub zaczekać na klatce.
- Czyli mogę już zdejmować? - Zapytał Moody, obserwujący je z boku, a widząc potwierdzenie w oczach partnerki, szybkim ruchem zerwał naklejone na drzwi taśmy i zabezpieczenia. - Jedenasta trzydzieści siedem - przekazał, po spojrzeniu na zegarek, żeby kobieta wpisała im to do protokołu. Skoro już tam stał, to i zamek mógł otworzyć - złapał w locie klucz, wsadził go do środka, przekręcił, nacisnął klamkę, pchnął je jeszcze barkiem, bo się ciężko otwierały i...
- O cholera...
Na korytarz wylała się fala smrodu, ale był to smród o wiele gorszy od tego, którego można było spodziewać się po mieszkaniu czarnoksiężnika. Gryząca w gardło woń popiołu? Jasne. Tutaj była dodatkowo tak silna, że by się nie zdziwił, jakby ktoś od niej zasłabł, ale ta spalenizna podszyta była czymś jeszcze - taką wonią zepsutej wody, jakby coś w tej wodzie zdechło, a potem śnięte ryby wypłynęły na powierzchnie. Moody wzdrygnął się, a Bridgers pobladła momentalnie, chwytając się za usta.
- Mogę wejść sam. Jak pracowałem w Brygadzie, to musiałem zanurkować w stawie jakiegoś pojeba, żeby wyciągnąć z niego jego córkę i pod wodą znalazłem dowody tego, że jego żona wcale nie wyjechała do Stanów. Od tego czasu nic mnie nie rusza.
- Nie zrzygam się, obiecuję. Ale zamknij mord... - zawahała się, rzucając spojrzenie towarzyszącej im czarodziejce - zamknij się.
Wszedł do środka pierwszy, rzucając do środka jakieś niewerbalne zaklęcie, mające zapewne sprawdzić, czy nie zastawiono tutaj na nich żadnej niespodzianki. Wnętrze wydawało się być całkiem normalnie. Nie było zalane, nie było zniszczone. Meble śmierdziały spalenizną, ale były nietknięte. Komody, stół, fotel, kanapa - wszystko niezniszczone, porzucone tak, jakby nikt tutaj nie mieszkał. Zero pozostawionych gdzieniegdzie rzeczy codziennego użytku, dywan idealnie ułożony, kotary zasunięte...
Czy to na pewno wciąż był ten sam on, czy coś z nim jednak było nie tak? Chyba to drugie, bo kiedy tylko Eden otworzyła usta, Moody znowu uśmiechnął się w ten głupi sposób - ten, który od razu pokazuje, że to jest uśmiech pojawiający się na twarzy mimowolnie, nawet gdyby chciało się za wszelką cenę utrzymać jej pokerowy wyraz.
- Ciebie też miło widzieć - skomentował głośno tekst o tym, jak bardzo nie chciała tutaj być, ale nie wziął tego do siebie. W gruncie rzeczy... on też nie chciał tutaj być. Istniało milion o wiele ciekawszych zajęć od przeszukiwania mieszkania kogoś, kogo i tak zamknięto już w areszcie. Będąc tutaj tracił możliwość prześcignięcia Atreusa w niezwykle istotnym rankingu, który gwarantował w Biurze Aurorów prestiż bycia uznanym za najpotężniejszego samca w tym miesiącu. (Oczywiście, gdyby go ktokolwiek o to zapytał, to by o żadnej rywalizacji nie wiedział, przecież to była ciężka praca, a nie zabawa...) Z drugiej strony... Trzeba było tylko na niego spojrzeć, żeby wiedzieć, jak wiele zmieniała tutaj jej obecność. Bo wystarczył moment i nagle nie widzieli się miesiąc temu. Miesiąc temu?! To na pewno nie był miesiąc, to musiało być ledwie wczoraj, albo przynajmniej w zeszłym tygodniu, bo pamiętał całą scenę tak wyraźnie, jakby mu ją ktoś wyrył w umyśle dłutem. - Biuro przesyła uniżone przeprosiny, główny Moody - mając tutaj oczywiście na myśli Harper - był dzisiaj zajęty, ale przyszedłem w zastępstwie. Co byś zrobiła, gdybym po prostu chciał, żebyś podała mi klucze?
Ściskając jej dłoń, zachował karykaturalnie poważny ton głosu.
- Niekoniecznie, ale często bywam w The Loft, szczególnie w te piątki o dziewiętnastej - rzucił, z pełną świadomością tego, że było to dosyć ryzykowne, ale... Załapie aluzję na pewno, bo głupia nie była. Z chęciami mogło tutaj być gorzej, bo przecież nie tylko on milczał od marca, ona też. Co najgorszego może się stać? Zgasi go jak peta?
Po tych wszystkich latach już do tego przywykł.
- A ja specjalnie na tę okazję pucowałem ją pół nocy, żeby ci pokazać, jaki mam wysoki stopień na komendzie - wywrócił oczami, zakładając z powrotem skórzaną rękawiczkę. Nie wykonał jednak jej polecenia, a jedynie rzucił: Oczywiście, mamo, jak będziemy wychodzić.
Bridgers oglądała tę scenę z lekko rozchylonymi ustami. Odpłynęła gdzieś, więc wpierw nie zareagowała na to, co powiedziała od niej Eden. Dopiero po kilkunastu sekundach podskoczyła w miejscu, wydając z siebie niewyraźny, piskliwy dźwięk.
- Eee... tak. Przepraszam, zamyśliłam się. - W głośny sposób przełknęła ślinę, zaciskając palce na tej teczce. Następnie otworzyła ją, stanęła obok Lestrange i zaczęła kartkować dokumenty. Nie znalazło się wśród nich nic zaskakującego - to była po prostu kopia tego, co przekazano już listownie. - Jak pani widzi, wszystkie posiadają oficjalne pieczęcie, będę potrzebowała też pani podpisu o tutaj... To potwierdzenie tego, że otworzyła nam pani dzisiaj drzwi. Może pani towarzyszyć nam w środku lub zaczekać na klatce.
- Czyli mogę już zdejmować? - Zapytał Moody, obserwujący je z boku, a widząc potwierdzenie w oczach partnerki, szybkim ruchem zerwał naklejone na drzwi taśmy i zabezpieczenia. - Jedenasta trzydzieści siedem - przekazał, po spojrzeniu na zegarek, żeby kobieta wpisała im to do protokołu. Skoro już tam stał, to i zamek mógł otworzyć - złapał w locie klucz, wsadził go do środka, przekręcił, nacisnął klamkę, pchnął je jeszcze barkiem, bo się ciężko otwierały i...
- O cholera...
Na korytarz wylała się fala smrodu, ale był to smród o wiele gorszy od tego, którego można było spodziewać się po mieszkaniu czarnoksiężnika. Gryząca w gardło woń popiołu? Jasne. Tutaj była dodatkowo tak silna, że by się nie zdziwił, jakby ktoś od niej zasłabł, ale ta spalenizna podszyta była czymś jeszcze - taką wonią zepsutej wody, jakby coś w tej wodzie zdechło, a potem śnięte ryby wypłynęły na powierzchnie. Moody wzdrygnął się, a Bridgers pobladła momentalnie, chwytając się za usta.
- Mogę wejść sam. Jak pracowałem w Brygadzie, to musiałem zanurkować w stawie jakiegoś pojeba, żeby wyciągnąć z niego jego córkę i pod wodą znalazłem dowody tego, że jego żona wcale nie wyjechała do Stanów. Od tego czasu nic mnie nie rusza.
- Nie zrzygam się, obiecuję. Ale zamknij mord... - zawahała się, rzucając spojrzenie towarzyszącej im czarodziejce - zamknij się.
Wszedł do środka pierwszy, rzucając do środka jakieś niewerbalne zaklęcie, mające zapewne sprawdzić, czy nie zastawiono tutaj na nich żadnej niespodzianki. Wnętrze wydawało się być całkiem normalnie. Nie było zalane, nie było zniszczone. Meble śmierdziały spalenizną, ale były nietknięte. Komody, stół, fotel, kanapa - wszystko niezniszczone, porzucone tak, jakby nikt tutaj nie mieszkał. Zero pozostawionych gdzieniegdzie rzeczy codziennego użytku, dywan idealnie ułożony, kotary zasunięte...
fear is the mind-killer.