30.06.2023, 14:20 ✶
Alastor zaśmiał się dosyć głośno, co chyba ostatecznie wyprowadziło Bridgers z równowagi emocjonalnej, bo na sam dźwięk musiała podeprzeć się ręką o komodę, a kiedy zobaczyła go tak wesołego, postanowiła podtrzymać relację z meblem na jeszcze kilkadziesiąt długich sekund. Moody nie był kimś szczególnie popularnym, ale czasami się o nim mówiło - bo żył tylko i wyłącznie pracą, bo mieszkał ze swoją współpracowniczką, bo jedyne jego dziewczyny, o których w Brygadzie było wiadomo, były jego partnerkami z pracy (co miało sens, bo w sumie jak inaczej ktokolwiek miałby poznać go bliżej), bo go w gruncie rzeczy nigdy poza pracą nie widziano... Sprawa zdążyła urosnąć do pewnego rodzaju legendy, odkąd aresztował dwójkę naśladowców Voldemorta i nie przyszedł po odbiór nagrody od szefa Departamentu, bo robił nadgodziny w terenie. Udało jej się stłumić wyciekający na twarz szok chyba tylko dlatego, że chociaż otwarcie mówił o przesiadywaniu w barze, to wciąż zaprosił tam kogoś, kogo znał z biura.
- Wszystko okej? - Zapytał ją, unosząc do góry brwi. - Sprawdź najpierw, na czym siadasz, bo to ta kanapa może tak śmierdzieć, jeżeli schował coś do środka. - Widząc, jak Bridgers kiwa głową, rozpoczął przeszukiwanie pierwszych szuflad. Nie było to nic szczególnie trudnego, bo wszystkie były puste. - Kurwa, ten typ tutaj w ogóle mieszkał, czy tylko płacił za czynsz? - Trzecia, czwarta, piąta, szósta... puste. Szafki w kuchni - kilka talerzy, zostawionych tu pewnie przez poprzednich lokatorów, nietknięte. Brak jakiegokolwiek jedzenia, brak rzeczy osobistych. Sprawdzał, czy szuflady nie mają drugiego dnia, czy szafa przypadkiem nie prowadzi do Narnii, czy któraś z desek podłogowych nie kryje pod sobą skarbu, czy pod dywanem nie znajduje się klapa do innego wymiaru. Może jakaś walizka? Teczka? Coś z poszerzoną magicznie przestrzenią?
- Przeczytaj mi jeszcze raz, co on przekazał Wizengamotowi...
- Ekhm... To o miejscu, w którym schował tiarę? - Moody skinął głową. - „Wynajmowałem uroczą kawalerkę przy Falcon Street”...
- Nie to, to... wiesz co... jak on to ujął słowami?
- Dlaczego się o nią nie boi? Bo... „jest pewny, że ktokolwiek odnajdzie tiarę, nie odnajdzie jej w sposób, w jaki pracuje Brygada, odnajdzie ją ktoś, kto myśli tak jak on i dokończy jego dzieło”.
Moody zaniechał dalszych poszukiwań. Przeszedł się po pokoju, jakby miało to sprawić, że nagle jego umysł się rozjaśni. Jego partnerka wyglądała tak, jakby nie chciała myśleć wcale - coraz bledsza, nie wytrzymywała napięcia wywołanego obrzydliwym zapachem. On - wręcz przeciwnie - ściągnął nawet rękawiczkę i w zamyśleniu zaczął przygryzać paznokieć kciuka. Oboje rozglądali się po pomieszczeniu. Patrzyli, ale nie widzieli. Maleńkiego, czerwonego światełka w oknie malowidła wiszącego nad komodą. To nie był obraz najemcy - widział tutaj odkąd udekorowano to pomieszczenie w zeszłym roku i wcale tego światełka nie posiadał. Gdyby tylko go dotknąć palcem, gdyby sprawdzić, o co z nim chodzi, posiadając w sobie przynajmniej odrobinę zepsucia, okazałoby się, że obraz ten nie był już zwykłym obrazem. Był niczym woda przy falochronie - momentalnie wciągał człowieka do środka, w ciemną, śmierdzącą ściekami toń.
- Wszystko okej? - Zapytał ją, unosząc do góry brwi. - Sprawdź najpierw, na czym siadasz, bo to ta kanapa może tak śmierdzieć, jeżeli schował coś do środka. - Widząc, jak Bridgers kiwa głową, rozpoczął przeszukiwanie pierwszych szuflad. Nie było to nic szczególnie trudnego, bo wszystkie były puste. - Kurwa, ten typ tutaj w ogóle mieszkał, czy tylko płacił za czynsz? - Trzecia, czwarta, piąta, szósta... puste. Szafki w kuchni - kilka talerzy, zostawionych tu pewnie przez poprzednich lokatorów, nietknięte. Brak jakiegokolwiek jedzenia, brak rzeczy osobistych. Sprawdzał, czy szuflady nie mają drugiego dnia, czy szafa przypadkiem nie prowadzi do Narnii, czy któraś z desek podłogowych nie kryje pod sobą skarbu, czy pod dywanem nie znajduje się klapa do innego wymiaru. Może jakaś walizka? Teczka? Coś z poszerzoną magicznie przestrzenią?
- Przeczytaj mi jeszcze raz, co on przekazał Wizengamotowi...
- Ekhm... To o miejscu, w którym schował tiarę? - Moody skinął głową. - „Wynajmowałem uroczą kawalerkę przy Falcon Street”...
- Nie to, to... wiesz co... jak on to ujął słowami?
- Dlaczego się o nią nie boi? Bo... „jest pewny, że ktokolwiek odnajdzie tiarę, nie odnajdzie jej w sposób, w jaki pracuje Brygada, odnajdzie ją ktoś, kto myśli tak jak on i dokończy jego dzieło”.
Moody zaniechał dalszych poszukiwań. Przeszedł się po pokoju, jakby miało to sprawić, że nagle jego umysł się rozjaśni. Jego partnerka wyglądała tak, jakby nie chciała myśleć wcale - coraz bledsza, nie wytrzymywała napięcia wywołanego obrzydliwym zapachem. On - wręcz przeciwnie - ściągnął nawet rękawiczkę i w zamyśleniu zaczął przygryzać paznokieć kciuka. Oboje rozglądali się po pomieszczeniu. Patrzyli, ale nie widzieli. Maleńkiego, czerwonego światełka w oknie malowidła wiszącego nad komodą. To nie był obraz najemcy - widział tutaj odkąd udekorowano to pomieszczenie w zeszłym roku i wcale tego światełka nie posiadał. Gdyby tylko go dotknąć palcem, gdyby sprawdzić, o co z nim chodzi, posiadając w sobie przynajmniej odrobinę zepsucia, okazałoby się, że obraz ten nie był już zwykłym obrazem. Był niczym woda przy falochronie - momentalnie wciągał człowieka do środka, w ciemną, śmierdzącą ściekami toń.
fear is the mind-killer.