To, co go opętało, chyba można było nazwać wewnętrzną śmiercią. I o dziwo [w jego przypadku] nie był to nawet sarkazm.
Nic wielkiego się nie stało, chciałoby się rzec. Wyszedł z tamtego miejsca bez uszczerbku na zdrowiu, nawet nie pobrudził sobie pelerynki, a ci, co zostali w tamtym chaosie musieli przejść przez prawdziwe Piekło. On go nawet nie musnął krańcami palców. Kiedy jednak otwierają się wrota piekielne tak to bywa, że jego żołnierze nie chcą siedzieć w ciszy i spokoju w kącie. Wylali się falami na ten świat. I teraz pewnie położone zostaną głowy aurorów, żeby coś na to zaradzić. Nie rozumiałeś, czym były tamte istoty i nawet się nad tym nie zastanawiałeś. Istotne było to, jakie zimno ze sobą niosły. I jak mocno pobudzały apetyt takich jak ty.
Mimo tego, że szukał Victorii, dopytywał o nią, wcale nie chciał po nią iść. I zarazem miał wrażenie, że kompletnie oszaleje, jeśli tego nie zrobi. I nie chodzi nawet o to, że nie chciał iść po nią. On po prostu nie chciał wracać tam, gdzie to wszystko się zaczęło i gdzie zostało zakończone. Wykręcało go na myśl, że jego nogi znowu miałyby tam postanąć i wykręcało go na myśl, że miałby tam kroku nie zrobić. Nie musiał oddychać, a to wszystko go dusiło. Nie było niczego pozytywnego - była tylko chłodna pusta i ciężar, skręcające się flaki w bebechach i rwanie emocji na to, czego chcesz, a czego całkowicie nie chcesz. Pytanie samego siebie, co było ważniejsze i co było mniej ważne. Gdyby był człowiekiem walce waliłoby mu jak do walczyka, a zimny pot płynął po skroni, wyginałby się jak opętany, do którego zaraz dzwoniliby po egzorcystę.
Fatalny nastrój zaskutkował tym, że Isabella usłyszała: "Czy ty naprawdę urodziłaś Victorię? Bo zachowujesz się jak zwykła sucz." Pech zarówno chyba dla niego jak i dla niej był taki, że Sauriel miał w oczach tylko agresję. Był tak napakowany tymi złymi odczuciami, których nie chciał i którymi nie chciał się zajmować, a nie było miejsca, w którym mógłby je wygłuszyć. Miejsca, w którym mógłby dać im upust. Zajęty był w końcu szukaniem Victorii.
Nie bardzo wiedział, jak to możliwe, że świat się nie kończył, kiedy stawiał kroki w tym całym grajdołku pełnym ludzi. Nikt go za bardzo nie zaczepiał i nie zagadywał - może to przez jego spojrzenie. Dzikie. A może to przez to, że zwyczajnie miał farta. Ten, o dziwo, trzymał się go od wczoraj. Paradoksalnie. Pielęgniarka też nie sprawiała żadnych problemów, kiedy się przedstawił, bardzo krótko i powiedział, że jest tu po Victorię Lestrange. Narzeczoną. Już narzeczoną. Ich rodzice zachowywali się jakby byli zaręczeni od momentu ich poznania, a dopiero teraz przyszedł wielki finał. Zaręczyny w jakże romantyczne Beltane.
Część supłów rozwiązała się, kiedy ją zobaczył. Całą. I gdyby się uprzeć to nawet zdrową. Wyglądało to tak, jakby odetchnął, ale tego nie zrobił, nie tak dosłownie - jego ciało mogło w końcu jedynie imitować ludzkie odruchy. To nie tak, że jego pokłady cierpliwości wisiały na włosku - one dawno były wyczerpane i teraz już tylko dosypywane były ziarna frustracji z powodu wyczerpania z zapasem tego, co mógł wytrzymać i co wytrzymywać był w stanie. Mimo to było lepiej. Zrobiło się naprawdę lepiej... Bo żyła. Miał ochotę tak ją wyszarpać, nawrzeszczeć na nią, uderzyć w twarz, żeby się ogarnęła i nie pchała w takie gówno, jak i przytulić. Ale to ostatnie było zaledwie malutkim głosikiem. Bo to, że zrobiło mu się lepiej i przyniosło ulgę, zaraz znowu wzrosło w rangę wkurwienia. Na nią - mimo, że to była jej praca.
- Idziemy. - Żadnego dzień dobry, cieszę się, że cię widzę. Wypowiedziane w dodatku nie tonem ciepłym czy troskliwym, tylko napiętym i chociaż starał się nie brzmieć i nie wyglądać na wkurwionego, to w jego wydaniu było to po prostu niemożliwe. Już na pewno nie w takim stopniu natężenia, jaki teraz w sobie nosił. Zawahał się jednak, zanim zrobił krok i złapał Victorię za dłoń, żeby ją pociągnąć... nie. Nie pociągnąć. Lekko dać znać gestem, żeby faktycznie poszli. - Co się gapisz, wypierdalaj stąd. - Czy mógł się powstrzymać w stosunku do pielęgniarki? No mógł. Czy chciał? No nie. Choć znów - w jego przypadku powstrzymywanie się było zazwyczaj kolosalnym wysiłkiem. Wysiłkiem, na którego nie miał teraz zbędnych pokładów energii do przeznaczenia. - To dobrze. Jak mówiłem - nie lubię, jak ludzie oczekują ode mnie czegoś dobrego.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.