01.07.2023, 18:56 ✶
Nie przepadałem za pojawianiem się w miejscach publicznych za potrzebami, więc kiedy tylko mogłem, korzystałem z usług służących, asystentów albo innych popychadeł. Niestety, były sprawy, które zamierzałem trzymać we własnych ryzach i nie uzewnętrzniać ich po osobach trzecich, stąd też wczesnym porankiem wybrałem się na niby niezobowiązującą przechadzkę po ulicy Pokątnej, tyle że gdy tylko namierzyłem sklepik niejakiego Ravena, niespiesznie ruszyłem w jego kierunku. Pragnąłem czym prędzej zniknąć w jego półmroku, skryty przed niebezpiecznymi spojrzeniami. Jeszcze tego mi brakowało, bym w Proroku Codziennym czytał o sobie zażywającym psychoaktywne eliksiry.
Byłem przed otwarciem. Pod drzwiami zerknąłem przelotnie na zegar kieszonkowy, co potwierdziło że zostało mi jeszcze niecałe trzydzieści minut na załatwienie spraw, o ile kobieta krzątająca się w środku będzie tak miła i mi otworzy. Musiała mi otworzyć. Jakby nie patrzeć, byłem Rookwoodem, szlachetnie urodzonym urzędnikiem państwowym, a przy okazji jej dawnym, cóż, przyjacielem za potrzebą. Bezparodnowo więc zapukałem w jedną z szybek w drzwiach by zwrócić jej uwagą swą osobą. Niechybnie musiała to być Avelina. Nic się nie zmieniła. Próżnowała.
Ponagliłem ponownym zastukaniem, jeśli zaszła taka potrzeba. Oby nie. Ludzi na Pokątnej z każdą minutą robiło się coraz więcej, aż dziw byłem, że aptekę otwierają dopiero od dziewiątej. Tylko lenie wstają tak późno.
- Witaj - odparłem, całkiem zgrabnie wsuwając się do środka, omijając kobietę... Może bardziej dziewczynę. Nie wyglądała jakoś poważnie. Wyprostowałem się i rozejrzałem po wnętrzu, wypatrując Ravena albo jeszcze innych podglądaczy, ale była chyba sama. Czy to odpowiedzialne, zostawiając biznes w rękach bezbronnego dziewczęcia...? Hmm. Nie zamierzałem sobie udzielać odpowiedzi na to pytanie. Biznes nie mój, nie moje skrzypce, ale zabawnie będzie przeczytać w prasie, że doszło tu do niepowołanego zdarzenia.
Wróciłem spojrzeniem do Aveliny. Nie wiedziałem, czy mnie pamiętała, czy w ogóle rozpoznała. Minęły lata odkąd ostatnio rozmawialiśmy, a na dodatek dorobiłem się klasy, pozycji oraz brody.
- Chciałbym rzec, że dobrze cię widzieć... Ale bardziej mam ochotę zapytać, co się do diabli z tobą stało, Avelino? Użycie krzykliwej szminki nie sprawi, że reszta ciebie zniknie - odezwałem się chłodno, z delikatną nutką wyrzutu. Skrzywiłem się nawet, ale bardziej by jej dojebać. Nie wiem czemu, ale Avelina Paxton sprawiała, że miałem ochotę być chamem roku, mimo że tak naprawdę nic mi nie zrobiła, nie miałem względem niej żadnego urazu. Po prostu była tą... całą taką delikatną pańcią, z wielce niewinną twarzyczką, teraz ewidentnie zmęczoną, ale nie dajcie się zwieść tej dziewusze, gdyż to kocioł wcielony wrzącego jadu.
- Cóż, witaj... - odrzekłem w końcu, ale nie dałem jej jeszcze dojść do słowa, unosząc swoją prawą dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym. Jakbyśmy byli w tajemnej zmowie - nic z tych rzeczy. Po prostu napawałem się jej miną. - Potwierdź proszę, że jesteśmy w tym przybytku sami - powiedzmy, że poprosiłem, choć brzmiało to bardziej jak delikatny rozkaz.
Byłem przed otwarciem. Pod drzwiami zerknąłem przelotnie na zegar kieszonkowy, co potwierdziło że zostało mi jeszcze niecałe trzydzieści minut na załatwienie spraw, o ile kobieta krzątająca się w środku będzie tak miła i mi otworzy. Musiała mi otworzyć. Jakby nie patrzeć, byłem Rookwoodem, szlachetnie urodzonym urzędnikiem państwowym, a przy okazji jej dawnym, cóż, przyjacielem za potrzebą. Bezparodnowo więc zapukałem w jedną z szybek w drzwiach by zwrócić jej uwagą swą osobą. Niechybnie musiała to być Avelina. Nic się nie zmieniła. Próżnowała.
Ponagliłem ponownym zastukaniem, jeśli zaszła taka potrzeba. Oby nie. Ludzi na Pokątnej z każdą minutą robiło się coraz więcej, aż dziw byłem, że aptekę otwierają dopiero od dziewiątej. Tylko lenie wstają tak późno.
- Witaj - odparłem, całkiem zgrabnie wsuwając się do środka, omijając kobietę... Może bardziej dziewczynę. Nie wyglądała jakoś poważnie. Wyprostowałem się i rozejrzałem po wnętrzu, wypatrując Ravena albo jeszcze innych podglądaczy, ale była chyba sama. Czy to odpowiedzialne, zostawiając biznes w rękach bezbronnego dziewczęcia...? Hmm. Nie zamierzałem sobie udzielać odpowiedzi na to pytanie. Biznes nie mój, nie moje skrzypce, ale zabawnie będzie przeczytać w prasie, że doszło tu do niepowołanego zdarzenia.
Wróciłem spojrzeniem do Aveliny. Nie wiedziałem, czy mnie pamiętała, czy w ogóle rozpoznała. Minęły lata odkąd ostatnio rozmawialiśmy, a na dodatek dorobiłem się klasy, pozycji oraz brody.
- Chciałbym rzec, że dobrze cię widzieć... Ale bardziej mam ochotę zapytać, co się do diabli z tobą stało, Avelino? Użycie krzykliwej szminki nie sprawi, że reszta ciebie zniknie - odezwałem się chłodno, z delikatną nutką wyrzutu. Skrzywiłem się nawet, ale bardziej by jej dojebać. Nie wiem czemu, ale Avelina Paxton sprawiała, że miałem ochotę być chamem roku, mimo że tak naprawdę nic mi nie zrobiła, nie miałem względem niej żadnego urazu. Po prostu była tą... całą taką delikatną pańcią, z wielce niewinną twarzyczką, teraz ewidentnie zmęczoną, ale nie dajcie się zwieść tej dziewusze, gdyż to kocioł wcielony wrzącego jadu.
- Cóż, witaj... - odrzekłem w końcu, ale nie dałem jej jeszcze dojść do słowa, unosząc swoją prawą dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym. Jakbyśmy byli w tajemnej zmowie - nic z tych rzeczy. Po prostu napawałem się jej miną. - Potwierdź proszę, że jesteśmy w tym przybytku sami - powiedzmy, że poprosiłem, choć brzmiało to bardziej jak delikatny rozkaz.