01.07.2023, 20:30 ✶
Kociołek wypełniony wrzącym jadem... Nic innego. Uśmiechnąłem się nieznacznie w wyrazie satysfakcji, że miałem tak poprawne stwierdzenia. Jeśli znajdę chociażby chwilę, to w całym geście swojej wspaniałomyślności, inteligencji i geniuszu, zacznę pisać prace specjalistyczne i z działy psychologii, i z fizjologii, i o takich diablicach, co czyhały na biednych pacjentów.
To już ja miałem w sobie więcej współczucia aniżeli Avelina Paxton. Ja - biedny interesant - przyszedłem sobie do apteki, a ona wskazywała mi drzwi. Nie powiem, w tej chwili nie byłem oburzony. Poczułem nutkę satysfakcji, gdyż przez te lata braku kontaktu, ewidentnie nic się nie zmieniło.
Dla teatralności prychnąłem sobie pod nosem, tak ledwo słyszalnie.
- Bezczelna - podsumowałem, po czym podszedłem do lady. Skoro zamierzała bawić się w niezbyt miła ekspedientkę, to ja zamierzałem być niezbyt miłym klientem... Tylko że coś, co miała przymocowane do szyi, jakoś wybiło mnie z rytmu chama, a ciekawość wzięła górę nad złośliwością.
Moja prawa ręka tak szybko znalazła drogę ku różdżce, że byłbym zaskoczony jak szybko ją dobyłem, gdybym chociażbym zwrócił na to uwagę. Brnąłem dalej, wyciągając ją w kierunku szyi Aveliny i jej rany. Bez pytania o zgodę czarem zgrabnie zdjąłem ten opatrunek. Jeśli chciałem potrafiłem być delikatny, a jakby nie patrzeć miałem również magisterium uzdrowicielskie, o czym panna Paxton zapewne nie wiedziała. Miałem to z kolei w głębokim poważaniu, szczególnie że...
Krew. Świeża rana. Pochyliłem się nad ladą, łapiąc za suche skrawki opatrunku i przecierając już własnoręcznie jej szyję. Była smukła, ale nie wężowa. Avelina nie miała nic wspólnego z czymkolwiek, co mogło przywodzić na myśl Slytherin. Och, taka pełna pogardy do Domu Węża...
- Ciekawe - mruknąłem. Wcale nie byłem gadatliwy; po prostu lubiłem zagłuszać tę konkretną osobę by nie musiała żenować mnie własnymi spostrzeżeniami. - Widzę, że miałaś ciekawą noc i miewasz jeszcze ciekawsze znajomości - odparłem i już nie udawanie, ani nie z nutką teatralności, a w całkowitej szczerości, musiał się w moich oczach ukazać błysk podniecenia i ciekawości, jak gdybym złapał w ręce samą eurekę - Avelina miała kolegę wampira. A może to jej partner? Może była aż tak zepsuta do szipku kości, że lubiła być podgryzana w łóżku?
Zmierzyłem ją wzrokiem zdecydowanie oceniającym, ale zaniechałem tego, gdyż czas naglił.
- Powinnaś zmienić te szmaty. Mogę pomóc ci w założeniu świeżego opatrunku. Nieodpłatnie, rzecz jasna - odparłem, odkładając zakrwawione skrawki na blacie. O jeden z czystszych skrawków wytarłem delikatnie zakrwawiony palec. Nie przepadałem za brudem, preferowałem sterylność, czystość. - Ale prosiłbym, hmm, o dyskrecję ze swoim zamówieniem. Najlepiej gdybyś, hmm, zrealizowała je nie przez firmę, tylko prywatnie. Masz ku temu możliwości? - zapytałem ją, już nie drwiąc, bo przeszedłem do rzeczy, gdyż przyszedłem tu interesownie, a niepowaga nie pozwoliłaby mi w pozytywny sposób zrealizować tego tak, jak pragnąłem. Warto zwrócić uwagę, że tym samym nie składałem przysięgi na to, iż do końca naszego nie zadrwię z niej raz czy dwa, czy może po stokroć. Ale znała mnie. Od zawsze taki byłem.
To już ja miałem w sobie więcej współczucia aniżeli Avelina Paxton. Ja - biedny interesant - przyszedłem sobie do apteki, a ona wskazywała mi drzwi. Nie powiem, w tej chwili nie byłem oburzony. Poczułem nutkę satysfakcji, gdyż przez te lata braku kontaktu, ewidentnie nic się nie zmieniło.
Dla teatralności prychnąłem sobie pod nosem, tak ledwo słyszalnie.
- Bezczelna - podsumowałem, po czym podszedłem do lady. Skoro zamierzała bawić się w niezbyt miła ekspedientkę, to ja zamierzałem być niezbyt miłym klientem... Tylko że coś, co miała przymocowane do szyi, jakoś wybiło mnie z rytmu chama, a ciekawość wzięła górę nad złośliwością.
Moja prawa ręka tak szybko znalazła drogę ku różdżce, że byłbym zaskoczony jak szybko ją dobyłem, gdybym chociażbym zwrócił na to uwagę. Brnąłem dalej, wyciągając ją w kierunku szyi Aveliny i jej rany. Bez pytania o zgodę czarem zgrabnie zdjąłem ten opatrunek. Jeśli chciałem potrafiłem być delikatny, a jakby nie patrzeć miałem również magisterium uzdrowicielskie, o czym panna Paxton zapewne nie wiedziała. Miałem to z kolei w głębokim poważaniu, szczególnie że...
Krew. Świeża rana. Pochyliłem się nad ladą, łapiąc za suche skrawki opatrunku i przecierając już własnoręcznie jej szyję. Była smukła, ale nie wężowa. Avelina nie miała nic wspólnego z czymkolwiek, co mogło przywodzić na myśl Slytherin. Och, taka pełna pogardy do Domu Węża...
- Ciekawe - mruknąłem. Wcale nie byłem gadatliwy; po prostu lubiłem zagłuszać tę konkretną osobę by nie musiała żenować mnie własnymi spostrzeżeniami. - Widzę, że miałaś ciekawą noc i miewasz jeszcze ciekawsze znajomości - odparłem i już nie udawanie, ani nie z nutką teatralności, a w całkowitej szczerości, musiał się w moich oczach ukazać błysk podniecenia i ciekawości, jak gdybym złapał w ręce samą eurekę - Avelina miała kolegę wampira. A może to jej partner? Może była aż tak zepsuta do szipku kości, że lubiła być podgryzana w łóżku?
Zmierzyłem ją wzrokiem zdecydowanie oceniającym, ale zaniechałem tego, gdyż czas naglił.
- Powinnaś zmienić te szmaty. Mogę pomóc ci w założeniu świeżego opatrunku. Nieodpłatnie, rzecz jasna - odparłem, odkładając zakrwawione skrawki na blacie. O jeden z czystszych skrawków wytarłem delikatnie zakrwawiony palec. Nie przepadałem za brudem, preferowałem sterylność, czystość. - Ale prosiłbym, hmm, o dyskrecję ze swoim zamówieniem. Najlepiej gdybyś, hmm, zrealizowała je nie przez firmę, tylko prywatnie. Masz ku temu możliwości? - zapytałem ją, już nie drwiąc, bo przeszedłem do rzeczy, gdyż przyszedłem tu interesownie, a niepowaga nie pozwoliłaby mi w pozytywny sposób zrealizować tego tak, jak pragnąłem. Warto zwrócić uwagę, że tym samym nie składałem przysięgi na to, iż do końca naszego nie zadrwię z niej raz czy dwa, czy może po stokroć. Ale znała mnie. Od zawsze taki byłem.