Avelina nigdy nie była niemiła dla swoich klientów. Zawsze otaczała każdego troską, ciepłem i zamieniała się wręcz w przemiłą osobę. Lubiła obcować z ludźmi, których nie musiała znać, z którymi nie musiała wychodzić na kawę i martwić się o to, czy ich dzień był miły. Lubiła pomagać, doradzać, być ekspedientką, aptekarką, którą ludzie chwalić będą i polecać swoim znajomu. Rzecz się miała inaczej jeśli chodziło o tego pieprzonego Rookwooda. Wywoływał u niej chęć zamieniania się we wredną jędzę. Miała do czynienia z jego kuzynem, ale ten był mimo swojej odpychającej postawy znacznie innym człowiekiem, ale to może dlatego, że z Saurielem znała się z innej strony. Augustus zawsze był wredny, zawsze wytykał jej błędy i o dziwo ona naprawdę to lubiła. Sama lubiła pokazywać mu, że się myli i ucierać nosa. W szkole, gdy pojawiał się na horyzoncie, sprawiał, że w duchu, nieświadomie się cieszyła. Był jej dziwnym przyjacielem, przy którym mogła pokazać swojego demona i nie zostałaby oceniona źle, nie odepchnąłby jej z tego powodu, że będzie dla niego niemiła.
– Zapomniałeś? – na ustach pojawił się złośliwy uśmieszek, a jedna brew uniosła się ku górze.
Rana powinna się goić, ponieważ została napojona eliksirem wiggenowym, ale wiadome było, że ten tylko wzmacniał jej organizm, aby nie czuła się źle. Avelina o tym oczywiście nie wiedziała, a rana musiała dojść do siebie, bo pomimo magii organizm sam musiał zwalczyć takie rzeczy. Teraz dziewczyna powinna być w domu i spać, odpoczywać, regenerować siły po utracie krwi, ale Paxton tego nie wiedziała. Skąd miała wiedzieć, skoro nic nie pamiętała. Gdy wyciągnął w jej stronę różdżkę, sama chciała zrobić to samo, ale nie zrobił nic złego. Była zbyt wolna, nie miała dobrego refleksu, zawsze była słabsza i drobniejsza w posturze, ale na szczęście mężczyzna nie chciał jej nic zrobić. Opatrunek oderwał się, a zaschnięta krew sprawiła, że dziewczyna cicho syknęła i przyłożyła w to miejsce dłoń. Cofnęła palce, gdy chciał dotknąć jej szyi. Lekko się cofnęła, aby zabrał swoją dłoń. Żaden Rookwood nie będzie jej dotykać, co to – to nie!
– Ciekawe znajomości? – zapytała marszcząc brwi, nie rozumiała jego słów. Szybkim krokiem wyszła zza lady i podeszła do jednej z szafek, która miała wąskie lustro na drzwiach. Spojrzała na ranę, ale nie pamiętała skąd ją miała. Widać było, że ktoś się z nią już zajął, ale kto? Kiedy? Dlaczego? Była świeża. Cholera, co się wczoraj wydarzyło?
– Od kiedy interesuje cię to w czym chodzę? – spojrzała na jego odbicie w lustrze, nadal obserwując swoją szyję, a potem usta, które też były zranione, ale zaleczone. Nie była to rana od jej nerwowego zagryzania wargi.
Westchnęła ciężko, słuchając jego propozycji. Za chwilę powinna otworzyć aptekę, a Rookwood jej w tym ewidentnie przeszkadzał. Przeczesała swoje włosy i odwróciła się do niego.
– Dobra. Prywatnie też robię eliksiry, ale nie za darmo – wróciła na swoje miejsce. Nie lubiła jak inni zajmowali się jej ranami, wolała sobie radzić sama, ale umiejętności w leczeniu miała niskie. Potrafiła zrobić eliksiry lecznicze, ale nie potrafiła zaklęć, ani zakładać opatrunków. – Będę milczeć jak kot – uśmiechnęła się lekko, a potem cicho westchnęła. Była zmęczona. – Spotkajmy się w jakimś innym miejscu. Za godzinę przyjdzie mój szef i wtedy będę mogła przyjść i dogadać szczegóły. Nie chce, aby ktokolwiek mnie z tobą widział, więc wybierz odpowiednie miejsce – odpowiedziała zdawkowo, mało konkretnie. Nie wiedziała jak przeprowadzi rozmowę z szefem i, czy uda się jej szybko wyrwać z pracy, ale nie miała głowy do siedzenia tutaj do osiemnastej. Czuła się wyjątkowo źle i potrzebowała kolejnego kubka kawy.