Miała ciepłą dłoń. Nie było w niej niczego zimnego.
Samochód czekał - brum brum jakich wiele (albo i niewiele) w dzisiejszych czasach, którym nie musieliby latać, który nie byłby miotłą, który nie byłby dorożką z abraxanami. Tak, pomyślał o tym. Mimo tego całego syfu, albo może właśnie przez ten cały syf. Dlatego, że się po prostu martwił. Dlatego, że ją lubił. Ładne słowo, prawda? Lubił. Lubić. Nie lubił za to tego miejsca ani tego, że musiał przez te potargane wiatrem miejsce przechodzić. Niech inni tutaj stąpają, czemu on też musiał? Czemu jej nie puścili? Czemu nie mogli się spotkać na miejscu? Pojedyncze hasła i komentarze dotarły do jego uszu podczas czekania, ale nie poświęcił im nawet chwili zastanowienia. Gadać można wiele, a ile z tych słów warte były uwagi, rozważenia, zapamiętania? Tego ostatniego pewnie najmniej. Ludzie po prostu za bardzo lubili mówić, żeby przejmować się wartościowaniem wypowiadanych słów i w efekcie - prawdziwym złotem, jakim były całe zdania. Tak jak można było ranić słowami, nadając im kształt noży. I mogły ciąć, mogły drapać, jak niezadowolony kot. Zły, że się z nim nie bawisz, nie zajmujesz, albo po prostu ma jakiś humorek i akurat nie chce, żebyś go drapał.
Ale Kot przestał.
Połączyła ich więc cisza, kiedy stąpali przez błonia. Gdyby Sauriel oddychał, oddychałby właśnie głęboko. Szybko - bo nerwowo. Otworzył przed Victorią drzwi i pozwolił jej się wpakować do samochodu, bo wręcz tego oczekiwał, kiedy sam zasiadł po stronie kierowcy. Ot, to chyba jeden z wielu plusów posiadania faceta, który aspiruje do bycia chodzącą wiedzą bezużyteczną tego świata? Oczywiście to nie było zwykłe, mugolskie auto, więc tutaj można się było sprzeczać... Tak czy inaczej - Sauriel prowadził. Tak jak daleko mu było z obyciem siebie samego do stopnia łagodnego gościa, tak i w obyciu się z autem najłagodniejszy nie był. Nie jechał jednak jak szalony i kiedy wyjechali z tej jakże przyjaznej okolicy to i jego prowadzenie się... wyłagodziło. Stało stabilniejsze. Tak i sam Sauriel rozluźnił trochę swoje mięśnie i przestał zaciskać dłonie na kierownicy tak, jakby zaraz miał ją zmiażdżyć, albo przynajmniej zostawić na niej trwałe odciski swoich dłoni. W jego przypadku nie było takie niepewne, czy nie byłby tego w stanie zrobić.
Takim sposobem ta cisza stała się namacalna. Ale jemu nie przeszkadzała. Właściwie to... koiła go. Tylko dlatego, że ona siedziała obok. Już dobrze. Już wszystko było dobrze.
Nie wiedział jednak, co miałby teraz do niej powiedzieć.
- Twoja matka to kurwa. - Więc ze wszystkich rzeczy wybrał tę najbardziej saurielową. A do tego powiedział to tak cicho, spokojnie, prawie czule! To jest - tak jakby z troską w głosie? Zerknął na moment na kobietę, nim zwrócił z powrotem oczyska na drogę. - Już jej to powiedziałem. Powinna do ciebie przyjść.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.