Uniosła brew ku górze. Pojawił się ten Rookwood, którego znała. Uniosła znowu dumnie podbródek i milczała, gdy ten mówił. Zresztą jak zawsze. Avelina nie należała do gadatliwych osób, zawsze cicha, na uboczu. Obserwowała ludzi z daleka niczym kot dachowiec. Oczywiście nie wspinała się o ironio tak wysoko – nie była masochistką i nie ryzykowała ze swoim lękiem. Jednak zawsze starała się być z dala od ludzi, na uboczu, obserwując, słuchając, patrząc i ucząc się ludzkich obyczajów. Nie lubiła paplać, nie lubiła mówić – nie była w tym dobra, nie miała charyzmy, a jedynie w pracy wyrzucała z siebie odpowiednią ilość słów, tylko dlatego, że rozmawiała o czymś neutralnym i o czymś co lubiła. Zawsze zdawała się być osobą tajemniczą i samotną z wyboru.
– Wiem. – odpowiedziała sucho na jego informacje o pieniądzach. Doskonale zdawała sobie sprawę, że ten był bogaty, dlatego wspomniała o pieniądzach. Wiedziała od kogo je wyciągnąć i wiedziała komu nie będzie żal wydać parę galeonów za dyskrecję. Fergusowi – jej przyjacielowi – podrzucała eliksiry za kubek kawy, ale Rookwoodowi nie zamierzała odpuszczać. Lubiła się z nim gryźć i tak powinno być, nawet jeśli miał ładne oczy i przyciągającą aparycję. – Wszystko, co robię – robię perfekcyjnie, Rookwood. – Avelina nigdy nie lubiła używać jego imienia, wolała zwracać się do niego po nazwisku i zapewne tym go też mogła czasem denerwować, ale sprawiało jej to dziwną przyjemność. Nie przepadała za czystokrwistymi, ponieważ nie potrafiła im zaufać. Nie po tym, co robią ludzie Voldemorta w imię czystości – w końcu idea, którą rozpowiada ten jeden zły człowiek idealnie pokrywa się z niechęcią do mugolaków jaką wykazują ludzie pokroju Rookwoodów.
Danielle kiedyś jej mówiła, że to wina ich wychowania, ale każdy ma swój rozum. Potrafi myśleć, prawda?
Widziała jego zdenerwowanie, widziała jego manewry uspokajające a ona sama poczuła się tym lepiej, że nadal potrafiła go zdenerwować. Teraz jednak byli dorośli, nie byli tymi dziećmi, co rywalizowali o punkty w domu, o lepsze oceny i wyniki w nauce. Byli dorosłymi czarodziejami. On zapewne miał już żonę, może dzieci w drodze, piął się na szczeblach kariery, a ona utknęła w niewielkiej aptece. Tak, to był jej wybór; tak, nie wyobrażała sobie, aby pracowała wśród wielkiej ilości ludzi; ale jednak godziło ją to, że w pewnym sensie nadal była od niego gorsza, a chciała być lepsza. W obliczu Augustusa, Avelina miała potrzebę bycia potężną, aby zmyć mu z twarzy pewny siebie uśmiech.
– W moim życiu niewiele się zmieniło. Nadal nie paplam, Rookwood. Słowa są złotem i nie warto ich niszczyć na taką osobę jak ty. – zerknęła jak jego różdżka wylądowała na blacie, więc podeszła do niego i patrzyła mu wyzywająco w oczy. Czuła się tak jakby miała nad nim w pewnym sensie władzę; w końcu. – Wyślę ci liścik. – chwilę tak na niego patrzyła, a potem zerknęła na zegar. – Niedługo mija godzina otwarcia, zrób ten opatrunek i idź już. – odsunęła się od niego i usiadła na krześle w rogu, gdzie zwykle siadał Ururu, gdy na nią czekał, aby ją odprowadzić do domu. Otworzyła jeszcze jedną szufladę, gdzie była niewielka apteczka.
Czuła się upokorzona, ale wolała, aby nikt nie widział tych dziwnych ran i była też rad, że mężczyzna nie zadawał jej pytań o to, ponieważ nie wiedziała, co miałaby mu powiedzieć. Czuła się skołowana i powinna natychmiast zgłosić się do Danielle, a nie do Rookwooda.