02.07.2023, 00:43 ✶
Próba uzyskania czegokolwiek więcej od Hjalmara faktycznie mogła przypominać drążenie w skale — mozolne, leniwie i zajmujące milion lat, zanim uzyskała go efekt. Nie wymyśliła jeszcze, jak to przeskoczyć, jak powinna go podejść, żeby chociaż na trochę pozbyć się tej jego uroczej nieśmiałości, ale to nie znaczy, że nie próbowała i nie pracowała nad jakimś planem. Gdyby samą Prewettównę o to zapytać, mógł robić i mówić to, na co miał ochotę, a ona nie miałaby z tym żadnego problemu, bo robiła dokładnie to samo w jego towarzystwie. Bardzo podobały się jej te odwrócone role, gdy to ona mogła robić za złego i strasznego porywcza, przynajmniej w teorii, bo w praktyce Niedźwiadek pewnie wcale się jej nie bał. O dziwo, te wzmianki o topieniu zawsze traktowało poważniej niż inne, zwłaszcza po tym, jak wskoczył z nią w Turcji do wody, zupełnie świadom jej wodnej ułomności. Wychodziło na to, że obydwóch przedstawicieli rodu z północy, najłatwiej zrobić było za pomocą dobrego alkoholu, aby porwania i inne takie, puścili w niepamięć. Zdawała sobie jednak sprawę, że obydwoje byli dobrymi ludźmi, których matka natura i los, obdarzyły niebotycznym wzrostem i mięśniami. Łatwo było im stwarzać pozory, dzięki czemu mieli pewnie święty spokój. A przynajmniej Hjalmar, na tyle, ile zaobserwowała jego zachowanie wśród znajomych podczas swoich pobytów na Islandii, gdzie nawet trochę warczał i rzucał groźne spojrzenia. Cały czas ją zadziwia, jak wiele łagodności tkwiło się w siedzącym obok niej człowieku, którego lustrowała spojrzeniem brązowych tęczówek znacznie częściej, niż powinna, za każdym razem dostrzegając coś nowego.
Uśmiechnęła się triumfalnie, ale i odrobinę słodko na jego słowa, kiwając głową z zadowoleniem. Nie powiedziałaby mu tego głośno, ale nawet gdyby jego siostry go tak nazywały, wcale by się jej to nie podobało. Traktowała to, jak coś, co było po prostu pomiędzy nimi, podobnie jak osioł. - Czy jeśli tylko ja tak mówię, to jest to chociaż trochę wyjątkowe? - zapytała z nutą zamyślenia w głosie, przenosząc na chwilę spojrzenie w przestrzeń, a jej palce poruszyły się niespokojnie, nie mogąc znaleźć sobie żadnego miejsca. Na jego pytanie i zdziwienie, nie mogła powstrzymać śmiechu i gwałtownego zaprzeczenia ruchem głowy, wprawiając w ruch burzę swoich włosów, które już niestety nie były ładnie proste przez wilgoć w powietrzu. - Nie. Paskudnie byś się nudził beze mnie. No i nadal mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, mając na myśli chyba dosłownie wszystko, co mogła tylko przez to powiedzieć. Mnóstwo Londynu, jak i Islandii czekało na odkrycie, nie wspominając o zakamarkach Turcji, których mu nie pokazała. Dużo rzeczy jeszcze nie spróbował, a ona miała za mało miodu pitnego w życiu. Na wypowiedziane przez niego słowo, przytaknęła krótko, przenosząc na niego wzrok, a gdy się uśmiechnął, przekręciła głowę na bok nieco zdziwiona, bo nie podejrzewała, że to akurat wzbudzi w nim radość. Przypuszczała, że będzie zaprzeczał i bronił się przed jej słowami, zapierając rękami oraz nogami. Nie lubił przecież, gdy ktoś próbował przedzierać się przez te jego niewidzialną zbroję. - Dobrze. Lubię to, jaki jesteś, ludzie są najpiękniejsi, gdy są po prostu sobą. I chyba jedną z najbardziej intrygujących w Tobie cech jest to, że nigdy się nie dostosowujesz, zawsze jesteś, ale i jednocześnie wcale nie jesteś stały, jak taka rzeka. Wiem, że przez prąd ona wcale nie jest taka sama. - przerwała z westchnieniem, gryząc się w język, zanim powiedziałaby za dużo i jeszcze by się zamknął w sobie. Prawda była taka, że za każdym razem, gdy więcej się uśmiech, pytał lub próbował nowych rzeczy, otwierał się po prostu na jej towarzystwo, sprawiał jej dużo radości. Wiedziała, że czasem bywa nachalna i natrętna, ale wciąż tu tkwił, więc nie mogło mu to aż tak przeszkadzać. - Wynagrodzę Ci to. - puściła mu tylko oczko, widocznie mając już dawno podjętą decyzję na temat tego, czy było tak okropnie bardzo, czy też okropnie tylko trochę.
- Nie wolno. - powtórzyła uparcie, a w tęczówkach zatańczyły jej małe, zadziorne iskierki. Była zbyt nietrzeźwa, żeby przypomnieć sobie o droczeniu się dla zasady, więc uznała, że tak po prostu myślał. A nie mogła pozwolić, żeby zmarnował szansę na nowe doświadczenia, nie, kiedy był z nią. Pomidory z rukolą też mogły być smaczne, jeśli odpowiednio się je potraktowało przyprawami. I mógł być pewien, że prędzej, czy później, skosztuje również kuchni wegańskiej i wegetariańskiej. Pomidor nie mógł być zagrożeniem dla ich relacji, był jednym z najlepszych warzyw.
Na jego przedrzeźnianie roześmiała się i przytaknęła, sugerując mu widocznie, że cieszy się, że zrozumiał. Palec był niezawodną bronią na niego, a do tego była tak przyzwyczajona do używania jej przeciwko Hjalmarowi, że nie zauważała w ogóle, kiedy wędrował ku górze. - Oczywiście, że nie będę się słuchać. - rzuciła całkiem poważnie, zdziwiona, że w ogóle brał pod uwagę, że będzie. Umiał ją uspokoić, ale poskromić, gdy odpalało się jej uzależnienie od wszelkiej maści bodźców i robienia tego, co chciała? To już była zupełnie inna sztuka, odrobinę przypominająca igranie z ogniem. Wpatrywała się w jego oczy bez cienia onieśmielenia, mając widocznie doskonały humor, nawet jeśli rozmawiali o jej potencjalnej śmierci. Znowu.
- Chciałabym żyć wiecznie jak gwiazdy. Jak mam Cię ostrzec, jak staram się uciekać przed śmiercią, gdy mam szansę? Jezioro na Islandii brzmi na dobre miejsce, żeby umrzeć, zwłaszcza nocą i z zorzą na niebie. Tylko naprawdę, wybierz najładniejsze. - zażyczyła sobie, ustalając przy okazji ewentualną porę mordu. Dużo przyjemniej byłoby złapać ostatni oddech lub raczej wypuścić go w postaci bąbelków, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo. Panda nie umiałaby chyba się na niego gniewać, nawet jeśli by ją zabił, więc też nie musiał martwić się mściwym duchem.
- Nie prowokuj mnie, bo jesteś w taksówce, drzwi są zamknięte, a ja wiem, jak sprawić, żebyś przestał. Dodatkowo trochę wypiłam, kawy i alkoholu i eliksirów, sama dla siebie jestem, jak hazard, więc nie biorę odpowiedzialności. - oznajmiła mu całkiem poważnie, jednocześnie uprzedzając, że wszystko to, co zrobi lub nie zrobi dzisiejszej nocy, nie będzie absolutnie jej winą. Chciała też go trochę postraszyć. Bo wcale się jej nie podobało to, że nazwał ją bachorem i to niesfornym, kiedy ona specjalnie założyła sukienkę i szpilki. Z worka siostry, trafiła trochę do worka matko-bachora, mogło być gorzej? Ściągnęła brwi na kilka sekund, widocznie do swoich myśli, bo miała wrażenie, że o czymś jeszcze zapomniała. - Jak się nie przyzwyczaisz, to i źle i dobrze. Nie wybrać. - rzuciła jeszcze niezdecydowana, podążając za jego spojrzeniem, na swoje palce. Uśmiechnęła się pod nosem, przesuwając nimi zadziornie, jakby szykowała się do ataku, którego się tak obawiał. Naprawdę nie powinien jej tak na wszystko pozwalać, sam był sobie winien.
- Jak się rozchoruje, to trudno, nie szkodzi. Trochę deszczu jeszcze nikogo nie zabiło. - machnęła dłonią na perspektywę choroby, bo w gruncie rzeczy niezbyt często ją cokolwiek łapało. Organizm miała przyzwyczajony, zahartowany. Ona oczywiście jego mogła ganiać za chodzenie w minusowej temperaturze po dworze, ale tutaj nie było sensu, żeby w ogóle zajmował sobie tym czas. - Szybciej będzie zimne. - zauważyła po chwili namysłu, gdy zdecydowała, co deszcz mógł zrobić z ich jedzeniem, ale krople nie przechodziły przez torbę i kartonik, wyglądało, jakby się po tym ślizgały. - Bo miałam ochotę. Musi być jakiś powód? Pomyślałam, że do Ciebie pasuje! Jeszcze tego nie wiesz, ale kocham dawać ludziom prezenty, wtedy się uśmiechają.
Wyznała mu pogodnie i beztrosko, jakby mówiła najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Nie było to jednak nic do jedzenia, papierowa torba kryła zupełnie coś innego, bardziej użytecznego. Aczkolwiek sajgonki i ciastka z wróżbą też były w ich torbach.
Zrobiła trochę smutną minę, gdy skupił na niej uwagę tylko dlatego, żeby wspomnieć jej o tym, jakie ryzykowne i niebezpieczne było używanie magii przy mugolach. Czy dzięki temu nie było ciekawiej? Ta adrenalina. Oni i tak byli ślepi, nie rozumiała, jak przez tyle lat mogli nie zauważyć tego, co działo się dookoła nich. - Chciałam się targować o to, że jednak możemy, ale.. - westchnęła bezradnie, mając ochotę rozłożyć ręce. Wyglądał uroczo i wlepiał w nią te niebieskie ślepia, to jak w ogóle miała dyskutować. Chociaż szansa, że Pandora całkiem porzuci ten temat, była bardzo znikoma. -Skoro to dla Ciebie takie ważne.. No dobrze, zero czarowania magicznymi patykami. - westchnęła na jego westchnięcie, nie mając żadnych argumentów. - No już się tak nie martw, pod tym względem będę grzeczna.
Zapewniła go jeszcze, dostrzegając jakiś cień, który przemknął po jego twarzy.
Odetchnęła głębiej, machając jeszcze taksówkarzowi na pożegnanie.
- Nie będzie. - zgodziła się z wywróceniem oczu, których spojrzeniem potem omiotła bulwar. Nocą i po deszczu, nie było tutaj tak wielu ludzi. Wystarczyło znaleźć odpowiednie miejsce. Może kawałek drewnianej promenady lub schodków, które przysłaniało duże drzewo? Tam na pewno było sucho. - Mhm, masz rację. Tak jest lepiej. Nie mogłam nie przyjść wcale, to było dla Akane ważne, nawet jak nie zdążyła. - przytaknęła, przenosząc na niego wzrok, przesuwając nieco posklejane od wody włosy na plecy. Fakt, że się zaśmiał, wywołał u niej uśmiech, a także podsunął nieco diabelski pomysł.
- Absolutnie nie, nie oddam Ci go. Żadnych magicznych sztuczek. Inne owszem. - zgodziła się, nieco zdziwiona, że powiedział do niej po nazwisku. Zwykle tego nie robił. Brunetka uśmiechnęła się figlarnie, dając mu w dłoń siatki, jednak zaraz przestała go trzymać pod rękę i zrobiła kilka kroków w przód, stojąc przed nim i blokując mu drogę. - Mam pomysł. Chodź ze mną na randkę. Teraz. I tak wszystko się zgadza! Zobacz, jesteśmy sami, mamy kolację i nawet mam sukienkę i szpilki. Żal to zmarnować. - podniosła na niego spojrzenie, przekręcając głowę na bok. Nie była odpowiedzialna, ale przynajmniej chciała, żeby się dobrze bawił i angielska pogoda nie mogła jej w tym przeszkodzić. Czy oni nie zostawili swojej końcówki wódki w taksówce? Na ułamek sekundy zerknęła w stronę toreb, czy aby tam nie tkwiła butelka. Papierowa torba z prezentem zakołysała się w jej jednym ręku, bo jej mu nie oddała.
Uśmiechnęła się triumfalnie, ale i odrobinę słodko na jego słowa, kiwając głową z zadowoleniem. Nie powiedziałaby mu tego głośno, ale nawet gdyby jego siostry go tak nazywały, wcale by się jej to nie podobało. Traktowała to, jak coś, co było po prostu pomiędzy nimi, podobnie jak osioł. - Czy jeśli tylko ja tak mówię, to jest to chociaż trochę wyjątkowe? - zapytała z nutą zamyślenia w głosie, przenosząc na chwilę spojrzenie w przestrzeń, a jej palce poruszyły się niespokojnie, nie mogąc znaleźć sobie żadnego miejsca. Na jego pytanie i zdziwienie, nie mogła powstrzymać śmiechu i gwałtownego zaprzeczenia ruchem głowy, wprawiając w ruch burzę swoich włosów, które już niestety nie były ładnie proste przez wilgoć w powietrzu. - Nie. Paskudnie byś się nudził beze mnie. No i nadal mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, mając na myśli chyba dosłownie wszystko, co mogła tylko przez to powiedzieć. Mnóstwo Londynu, jak i Islandii czekało na odkrycie, nie wspominając o zakamarkach Turcji, których mu nie pokazała. Dużo rzeczy jeszcze nie spróbował, a ona miała za mało miodu pitnego w życiu. Na wypowiedziane przez niego słowo, przytaknęła krótko, przenosząc na niego wzrok, a gdy się uśmiechnął, przekręciła głowę na bok nieco zdziwiona, bo nie podejrzewała, że to akurat wzbudzi w nim radość. Przypuszczała, że będzie zaprzeczał i bronił się przed jej słowami, zapierając rękami oraz nogami. Nie lubił przecież, gdy ktoś próbował przedzierać się przez te jego niewidzialną zbroję. - Dobrze. Lubię to, jaki jesteś, ludzie są najpiękniejsi, gdy są po prostu sobą. I chyba jedną z najbardziej intrygujących w Tobie cech jest to, że nigdy się nie dostosowujesz, zawsze jesteś, ale i jednocześnie wcale nie jesteś stały, jak taka rzeka. Wiem, że przez prąd ona wcale nie jest taka sama. - przerwała z westchnieniem, gryząc się w język, zanim powiedziałaby za dużo i jeszcze by się zamknął w sobie. Prawda była taka, że za każdym razem, gdy więcej się uśmiech, pytał lub próbował nowych rzeczy, otwierał się po prostu na jej towarzystwo, sprawiał jej dużo radości. Wiedziała, że czasem bywa nachalna i natrętna, ale wciąż tu tkwił, więc nie mogło mu to aż tak przeszkadzać. - Wynagrodzę Ci to. - puściła mu tylko oczko, widocznie mając już dawno podjętą decyzję na temat tego, czy było tak okropnie bardzo, czy też okropnie tylko trochę.
- Nie wolno. - powtórzyła uparcie, a w tęczówkach zatańczyły jej małe, zadziorne iskierki. Była zbyt nietrzeźwa, żeby przypomnieć sobie o droczeniu się dla zasady, więc uznała, że tak po prostu myślał. A nie mogła pozwolić, żeby zmarnował szansę na nowe doświadczenia, nie, kiedy był z nią. Pomidory z rukolą też mogły być smaczne, jeśli odpowiednio się je potraktowało przyprawami. I mógł być pewien, że prędzej, czy później, skosztuje również kuchni wegańskiej i wegetariańskiej. Pomidor nie mógł być zagrożeniem dla ich relacji, był jednym z najlepszych warzyw.
Na jego przedrzeźnianie roześmiała się i przytaknęła, sugerując mu widocznie, że cieszy się, że zrozumiał. Palec był niezawodną bronią na niego, a do tego była tak przyzwyczajona do używania jej przeciwko Hjalmarowi, że nie zauważała w ogóle, kiedy wędrował ku górze. - Oczywiście, że nie będę się słuchać. - rzuciła całkiem poważnie, zdziwiona, że w ogóle brał pod uwagę, że będzie. Umiał ją uspokoić, ale poskromić, gdy odpalało się jej uzależnienie od wszelkiej maści bodźców i robienia tego, co chciała? To już była zupełnie inna sztuka, odrobinę przypominająca igranie z ogniem. Wpatrywała się w jego oczy bez cienia onieśmielenia, mając widocznie doskonały humor, nawet jeśli rozmawiali o jej potencjalnej śmierci. Znowu.
- Chciałabym żyć wiecznie jak gwiazdy. Jak mam Cię ostrzec, jak staram się uciekać przed śmiercią, gdy mam szansę? Jezioro na Islandii brzmi na dobre miejsce, żeby umrzeć, zwłaszcza nocą i z zorzą na niebie. Tylko naprawdę, wybierz najładniejsze. - zażyczyła sobie, ustalając przy okazji ewentualną porę mordu. Dużo przyjemniej byłoby złapać ostatni oddech lub raczej wypuścić go w postaci bąbelków, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo. Panda nie umiałaby chyba się na niego gniewać, nawet jeśli by ją zabił, więc też nie musiał martwić się mściwym duchem.
- Nie prowokuj mnie, bo jesteś w taksówce, drzwi są zamknięte, a ja wiem, jak sprawić, żebyś przestał. Dodatkowo trochę wypiłam, kawy i alkoholu i eliksirów, sama dla siebie jestem, jak hazard, więc nie biorę odpowiedzialności. - oznajmiła mu całkiem poważnie, jednocześnie uprzedzając, że wszystko to, co zrobi lub nie zrobi dzisiejszej nocy, nie będzie absolutnie jej winą. Chciała też go trochę postraszyć. Bo wcale się jej nie podobało to, że nazwał ją bachorem i to niesfornym, kiedy ona specjalnie założyła sukienkę i szpilki. Z worka siostry, trafiła trochę do worka matko-bachora, mogło być gorzej? Ściągnęła brwi na kilka sekund, widocznie do swoich myśli, bo miała wrażenie, że o czymś jeszcze zapomniała. - Jak się nie przyzwyczaisz, to i źle i dobrze. Nie wybrać. - rzuciła jeszcze niezdecydowana, podążając za jego spojrzeniem, na swoje palce. Uśmiechnęła się pod nosem, przesuwając nimi zadziornie, jakby szykowała się do ataku, którego się tak obawiał. Naprawdę nie powinien jej tak na wszystko pozwalać, sam był sobie winien.
- Jak się rozchoruje, to trudno, nie szkodzi. Trochę deszczu jeszcze nikogo nie zabiło. - machnęła dłonią na perspektywę choroby, bo w gruncie rzeczy niezbyt często ją cokolwiek łapało. Organizm miała przyzwyczajony, zahartowany. Ona oczywiście jego mogła ganiać za chodzenie w minusowej temperaturze po dworze, ale tutaj nie było sensu, żeby w ogóle zajmował sobie tym czas. - Szybciej będzie zimne. - zauważyła po chwili namysłu, gdy zdecydowała, co deszcz mógł zrobić z ich jedzeniem, ale krople nie przechodziły przez torbę i kartonik, wyglądało, jakby się po tym ślizgały. - Bo miałam ochotę. Musi być jakiś powód? Pomyślałam, że do Ciebie pasuje! Jeszcze tego nie wiesz, ale kocham dawać ludziom prezenty, wtedy się uśmiechają.
Wyznała mu pogodnie i beztrosko, jakby mówiła najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Nie było to jednak nic do jedzenia, papierowa torba kryła zupełnie coś innego, bardziej użytecznego. Aczkolwiek sajgonki i ciastka z wróżbą też były w ich torbach.
Zrobiła trochę smutną minę, gdy skupił na niej uwagę tylko dlatego, żeby wspomnieć jej o tym, jakie ryzykowne i niebezpieczne było używanie magii przy mugolach. Czy dzięki temu nie było ciekawiej? Ta adrenalina. Oni i tak byli ślepi, nie rozumiała, jak przez tyle lat mogli nie zauważyć tego, co działo się dookoła nich. - Chciałam się targować o to, że jednak możemy, ale.. - westchnęła bezradnie, mając ochotę rozłożyć ręce. Wyglądał uroczo i wlepiał w nią te niebieskie ślepia, to jak w ogóle miała dyskutować. Chociaż szansa, że Pandora całkiem porzuci ten temat, była bardzo znikoma. -Skoro to dla Ciebie takie ważne.. No dobrze, zero czarowania magicznymi patykami. - westchnęła na jego westchnięcie, nie mając żadnych argumentów. - No już się tak nie martw, pod tym względem będę grzeczna.
Zapewniła go jeszcze, dostrzegając jakiś cień, który przemknął po jego twarzy.
Odetchnęła głębiej, machając jeszcze taksówkarzowi na pożegnanie.
- Nie będzie. - zgodziła się z wywróceniem oczu, których spojrzeniem potem omiotła bulwar. Nocą i po deszczu, nie było tutaj tak wielu ludzi. Wystarczyło znaleźć odpowiednie miejsce. Może kawałek drewnianej promenady lub schodków, które przysłaniało duże drzewo? Tam na pewno było sucho. - Mhm, masz rację. Tak jest lepiej. Nie mogłam nie przyjść wcale, to było dla Akane ważne, nawet jak nie zdążyła. - przytaknęła, przenosząc na niego wzrok, przesuwając nieco posklejane od wody włosy na plecy. Fakt, że się zaśmiał, wywołał u niej uśmiech, a także podsunął nieco diabelski pomysł.
- Absolutnie nie, nie oddam Ci go. Żadnych magicznych sztuczek. Inne owszem. - zgodziła się, nieco zdziwiona, że powiedział do niej po nazwisku. Zwykle tego nie robił. Brunetka uśmiechnęła się figlarnie, dając mu w dłoń siatki, jednak zaraz przestała go trzymać pod rękę i zrobiła kilka kroków w przód, stojąc przed nim i blokując mu drogę. - Mam pomysł. Chodź ze mną na randkę. Teraz. I tak wszystko się zgadza! Zobacz, jesteśmy sami, mamy kolację i nawet mam sukienkę i szpilki. Żal to zmarnować. - podniosła na niego spojrzenie, przekręcając głowę na bok. Nie była odpowiedzialna, ale przynajmniej chciała, żeby się dobrze bawił i angielska pogoda nie mogła jej w tym przeszkodzić. Czy oni nie zostawili swojej końcówki wódki w taksówce? Na ułamek sekundy zerknęła w stronę toreb, czy aby tam nie tkwiła butelka. Papierowa torba z prezentem zakołysała się w jej jednym ręku, bo jej mu nie oddała.