Avelina niestety miała kompas moralny i pomimo, że nie przepadała za Rookwoodem, zawsze była wierna swoim słowom. Nie zmierzała zdradzić, nawet jeśli ten nie należał w jej oczach do osób godnych i prawych. W szkole, w latach, gdy była nastolatką, Rookwood w jej sercu był osobą z kategorii przyjaciół, ale nigdy się przed nim nie przyznała do takich odczuć i chyba to było jej sekretem. Miała ich w swoim życiu dużo, wiele osób się jej zwierzało (czasami nieświadomie).
– Wyglądam ci jak bazyliszek? – mruknęła. Zawsze potrafiła zachować dyskrecję. Sama nie chciałaby, aby jej sekrety wyszły na jaw. Najgorzej, że kilka z nich poszło w eter do nieznanej osoby, a wszystko przez pieprzoną, nieogarniętą sowę. Ktoś na świecie przeczytał listy z jej pamiętnika, co doprowadzało ją do szaleństwa na samą myśl, ale dawała radę. Ta osoba nie wiedziała, kim była i to tylko trzymało ją przy zdrowych zmysłach.
– Wolałabym o tym nie mówić, dopóki sama nie rozwiążę tej sprawy. Nikomu pod żadnym pozorem o tym nie mów ani nie zgłaszaj. To zostaje między nami, czy to jest jasne? – odchyliła lekko szyję, ale jej oczy już nie spojrzały na niego. Czuła się niekomfortowo, że musiał ją opatrywać, że musiał ją badać, że był tak blisko niej, a ona się na to godziła. Zagryzła nieświadomie wargę, zapominając, że była podrażniona. Szybko pożałowała tego czynu, bo ją zapiekły usta. Przymknęła oczy, aby nie patrzeć na niego i nie czuć się bardziej niekomfortowo. Cicho westchnęła zaskoczona, gdy poczuła jego kciuk na swoich wargach. Otworzyła oczy i spojrzała na niego gniewnie. Odsunęła się od niego i ześlizgnęła z krzesła.
– Skończyłeś? – zapytała i śmignęła obok niego na drugą stronę pomieszczenia, aby nie mógł już jej dotykać. Serce waliło jej jak młotem ze zdenerwowania. Nie lubiła być tak blisko mężczyzn. Nie pamiętała nawet, czy kiedykolwiek była blisko innego mężczyzny. Zgubiła ten etap życia, zatracając się w uczeniu się eliksirów.
– Dam sobie radę. Odezwę się później, a teraz idź. – nie wiedziała, czy był szczery w swojej trosce, ale jemu nie będzie tak łatwo ufać. Na pewno ją teraz mamił. Miał ku temu talent. Było to rodzinne. Czuła to w piersi.
Gdy w końcu opuścił pomieszczenie, wręcz będąc przez nią wyproszonym, poczuła ciche westchnięcie ulgi. Zabrała się za swoją rutynę – czując, że ledwo stoi na nogach ze zmęczenia i nawet kawa nie pomagała. W końcu przybył jej szef i zrzuciła trochę na niego odpowiedzialność za to miejsce, samej zamykając się na zapleczu i dorabiając brakujące eliksiry. Przed dwunastą napisała list, a potem poprosiła szefa o szybsze wyjście do domu. Gdy znalazła się u siebie – odświeżyła się, przespała, zjadła kanapkę na szybko i poszła w umówione miejsce z sercem na karku. Bała się opuścić dom, czuła dziwną obawę przed opuszczeniem bezpiecznego domu, jakby coś miało się czaić, gdzieś za rogiem.