02.11.2022, 22:19 ✶
To jak wiele o nim wiedziała, jak łatwo przychodziło jej rozszyfrowywać i przewidywać jego zachowanie, Moody uznałby pewnie za nieco upokarzające. Eden nie miała jednak racji w jednej rzeczy, a mianowicie w tym, jak łatwo przyszło jej zakładać, że potrzebuje wymusić na nim przerwę. Mimo opinii pracoholika potrafił zatrzymać się w swoim nieskończonym biegu, bo każde jego dotychczasowe miejsce zatrudnienia wiązało się z obowiązkiem współpracy. Ta natomiast nie stanowiła dla niego zagadki. Wieloletni gracz gryfońskiej drużyny, który zaraz po ukończeniu szkoły magii zdecydował się na objęcie stanowiska w Brygadzie Uderzeniowej, nie mógł należeć do kompletnych odludków, nawet jeżeli posiadał kilka dziwacznych cech charakteru. Owszem, Alastor nie dbał o siebie, ale z łatwością przychodziło mu dbanie o innych. Szczególnie bliskich. Kursu Aurora podjął się przecież nie ze względu na krążący wokół tego zawodu prestiż, lecz zakorzeniony gdzieś głęboko we łbie kompleks bohatera. On to robił dla innych, nie dla siebie. Zatrzymałby się dla przypadkowego przechodnia, zatrzymałby się dla każdego potrzebującego pomocy. Maślane oczy, jakie zdarzało mu się robić na widok zadartego do góry podbródka Eden były tutaj jedynie dodatkiem. Istotnym, ale dodatkiem.
„Mogłaś mi po prostu powiedzieć, że jesteś głodna”, cisnęło mu się na usta, ale mimo wrodzonej opryskliwości, jakoś nie umiał jej teraz skrytykować. Bo to też nie był pierwszy raz, kiedy mu tłuczono do łba, że nie każdy jest w stanie nadążyć za jego szalonym tempem, a już w szczególności osoba szczuplejsza od niego. Okazywało się bowiem, że chociaż jadł zdecydowanie więcej od innych, to robił to rzadziej niż osoby o drobniejszej budowie ciała.
- Wchodź - powiedział, być może trochę za szorstko, otwierając przed nią drzwi. Wcale nie chciał być dla niej szorstki i oschły. Ba, głupio było się przyznać, ale niejednokrotnie chciał zaprosić ją w takie miejsce. Powstrzymywały go dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze pracowali razem w jednym miejscu od lat, a wchodzenie w relacje romantyczne ze współpracownikami leżało gdzieś daleko poza dopuszczalnymi przez rozumnych ludzi normami zachowania. Po drugie, jakkolwiek by nie był zaślepiony onieśmielającą urodą i zmarszczonymi brwiami, które gdzieś pomiędzy głęboką irytacją miały w sobie też jakąś nutę zadziorności, to wciąż była Eden Malfoy. I nie, nie chodziło tutaj o zarzuty, że skoro urodziła się w Malfoyach, to na pewno podziela wszystkie ich soczyste opinie na temat świata, nie dając sobie nawet malutkiej przestrzeni na uratowanie z takiego sposobu myślenia. Tu chodziło o styl bycia. Kobiety takie jak Eden (bo tak, przykleił jej już do czoła łatkę panny z dobrego domu, której ojciec zechce prędzej czy później wydać za kogoś równie majętnego), ceniły się zwykle o wiele wyżej, niż wiecznie nieuczesany dziwak z wiecznie obitą gębą. Nie przywiązywały też szczególnej uwagi do przelotnych relacji, a Moody nadawał się tylko do takich. Ten drugi powód miał jednak drugą stronę medalu, a mianowicie to, że życie nauczyło go ważnej rzeczy: przeciwieństwa się przyciągały. Ciężko mu więc było potraktować te narastające w głowie sprzeciwy z należytą im powagą. I chociaż oczywiste było, że nonszalancja, z jaką podchodził o myśleniu o Malfoyównie jest największym dowodem tego, że odwaga, jaką posiadał Moody godną jest domu Godryka Gryffindora - kto miał mu tego zabronić? Fantazjowanie o koleżankach z pracy było wyjątkowo żenujące, ale jeszcze nie nielegalne.
Podszedł do niej grzecznie. Z kanapką i kawą. I ciasteczkiem na talerzyku, które dostał gratis od zarumienionej ekspedientki. Młoda dziewczyna musiała być niesamowicie naiwna, bo pierwszym, o czym pomyślał Alastor, rozsiadając się na wskazanym mu krześle, było oddanie tego ciasteczka pannie Malfoy. Tak na poprawę humoru oczywiście. Ale panna Malfoy nagle powiedziała coś, co sprawiło, że prędko z tego pomysłu zrezygnował.
- Ludzie jego prokroju, to znaczy jacy? - Ochrypły głos Moodyego zdawał się być niewzruszony, ale to właśnie wskazywało na to, że coś było nie tak. Powstrzymywał emocje, które obudziło w nim wzgardzenie mugolskiego pochodzenia Ministrem Magii. Wszystko to, co myślał o Eden do tej pory, posypało się nagle jak domek z kart. Nawet wgryzienie się w to czekoladowe ciasteczko z galaretką nie pomogło na falę goryczy zalewającej jego ciało po usłyszeniu słowa szlama. No tak. Myślenie o kimś za dużo i idealizowanie jego osoby było ostatnią rzeczą, którą powinien robić, ale i tak go to w jakiś koszmarny sposób zawiodło. Zawiódł się na... własnych oczekiwaniach? - Nie mów mi - odsunął się w tył na krześle, wzdychając ciężko - nie mów mi, że przez noc zgłupiałaś na tyle, żeby zacząć wierzyć w te polityczne bzdurki i plotki.
„Mogłaś mi po prostu powiedzieć, że jesteś głodna”, cisnęło mu się na usta, ale mimo wrodzonej opryskliwości, jakoś nie umiał jej teraz skrytykować. Bo to też nie był pierwszy raz, kiedy mu tłuczono do łba, że nie każdy jest w stanie nadążyć za jego szalonym tempem, a już w szczególności osoba szczuplejsza od niego. Okazywało się bowiem, że chociaż jadł zdecydowanie więcej od innych, to robił to rzadziej niż osoby o drobniejszej budowie ciała.
- Wchodź - powiedział, być może trochę za szorstko, otwierając przed nią drzwi. Wcale nie chciał być dla niej szorstki i oschły. Ba, głupio było się przyznać, ale niejednokrotnie chciał zaprosić ją w takie miejsce. Powstrzymywały go dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze pracowali razem w jednym miejscu od lat, a wchodzenie w relacje romantyczne ze współpracownikami leżało gdzieś daleko poza dopuszczalnymi przez rozumnych ludzi normami zachowania. Po drugie, jakkolwiek by nie był zaślepiony onieśmielającą urodą i zmarszczonymi brwiami, które gdzieś pomiędzy głęboką irytacją miały w sobie też jakąś nutę zadziorności, to wciąż była Eden Malfoy. I nie, nie chodziło tutaj o zarzuty, że skoro urodziła się w Malfoyach, to na pewno podziela wszystkie ich soczyste opinie na temat świata, nie dając sobie nawet malutkiej przestrzeni na uratowanie z takiego sposobu myślenia. Tu chodziło o styl bycia. Kobiety takie jak Eden (bo tak, przykleił jej już do czoła łatkę panny z dobrego domu, której ojciec zechce prędzej czy później wydać za kogoś równie majętnego), ceniły się zwykle o wiele wyżej, niż wiecznie nieuczesany dziwak z wiecznie obitą gębą. Nie przywiązywały też szczególnej uwagi do przelotnych relacji, a Moody nadawał się tylko do takich. Ten drugi powód miał jednak drugą stronę medalu, a mianowicie to, że życie nauczyło go ważnej rzeczy: przeciwieństwa się przyciągały. Ciężko mu więc było potraktować te narastające w głowie sprzeciwy z należytą im powagą. I chociaż oczywiste było, że nonszalancja, z jaką podchodził o myśleniu o Malfoyównie jest największym dowodem tego, że odwaga, jaką posiadał Moody godną jest domu Godryka Gryffindora - kto miał mu tego zabronić? Fantazjowanie o koleżankach z pracy było wyjątkowo żenujące, ale jeszcze nie nielegalne.
Podszedł do niej grzecznie. Z kanapką i kawą. I ciasteczkiem na talerzyku, które dostał gratis od zarumienionej ekspedientki. Młoda dziewczyna musiała być niesamowicie naiwna, bo pierwszym, o czym pomyślał Alastor, rozsiadając się na wskazanym mu krześle, było oddanie tego ciasteczka pannie Malfoy. Tak na poprawę humoru oczywiście. Ale panna Malfoy nagle powiedziała coś, co sprawiło, że prędko z tego pomysłu zrezygnował.
- Ludzie jego prokroju, to znaczy jacy? - Ochrypły głos Moodyego zdawał się być niewzruszony, ale to właśnie wskazywało na to, że coś było nie tak. Powstrzymywał emocje, które obudziło w nim wzgardzenie mugolskiego pochodzenia Ministrem Magii. Wszystko to, co myślał o Eden do tej pory, posypało się nagle jak domek z kart. Nawet wgryzienie się w to czekoladowe ciasteczko z galaretką nie pomogło na falę goryczy zalewającej jego ciało po usłyszeniu słowa szlama. No tak. Myślenie o kimś za dużo i idealizowanie jego osoby było ostatnią rzeczą, którą powinien robić, ale i tak go to w jakiś koszmarny sposób zawiodło. Zawiódł się na... własnych oczekiwaniach? - Nie mów mi - odsunął się w tył na krześle, wzdychając ciężko - nie mów mi, że przez noc zgłupiałaś na tyle, żeby zacząć wierzyć w te polityczne bzdurki i plotki.
fear is the mind-killer.