Gdy przywołał jej książkę dała krok do przodu próbując ją przy sobie zatrzymać. Nie udało się. Spojrzała na niego gniewnie. Nie wiedziała co powinna zrobić z rękami, więc dobyła swojej różdżkę, ale nie mierzyła nią w niego. Avelina była raczej pacyfistką i walczyła jedynie ciętym językiem, a nie zaklęciami. Była typem osoby, która prędzej otruje wroga w nocy eliksirem niż rzuci śmiercionośną klątwę.
Wzdrygnęła się na słowo szlama. Niewychowany, opryskliwy buc – to były jej pierwsze słowa, które do niego przypisała.
– Nie jestem. – uniosła podbródek patrząc na niego w dosyć pogardliwy sposób. Była młoda i głupia, ale jednocześnie dumna z tego, że jest Aveliną Paxton, a nie tym typem przed sobą, który miał zapewne od cholery problemów. – Ale zaskoczę twój prosty umysł. Melisa ma działania uspokajające, ale nie są one na tyle mocne jak eliksiry, które możemy uwarzyć. Wiedziałbyś to, gdybyś potrafił czytać. – podeszła do niego o krok przyglądając mu się z młodzieńczym buntem w oczach. Czuła jak w niej wyzwalał negatywne emocje, których nigdy wcześniej nie doświadczała. Nie otaczała się ludźmi z negatywną aurą. Zawsze miała do czynienia z ludźmi szczęśliwymi, wesołymi i dobrymi. Od niego takich emocji nie czuła, a to było intrygujące.
W ostatniej chwili złapała książkę, którą jej rzucił. Otworzyła bez słowa książkę na odpowiedniej stronie i przeczytała kilka słów oraz składników pod nosem. Przepis wydawał się być prosty.
– Skąd wiesz? – podeszła bliżej niego zadzierając lekko głowę, aby móc cały czas go obserwować. – Ten przepis jest prosty jak twoje zachowanie – odpowiedziała mu mrużąc lekko oczy.