04.07.2023, 22:04 ✶
Blizny nie były trudne do usunięcia w magicznym świecie, zwykle zostawały, bo przypominały o jakieś przygodzie, historii lub o kimś, kogo już nie było. Czasem też ludzie zostawiali sobie blizny po samookaleczeniach, które nie raz widziała u zwłok tkwiących w kostnicach. To było przypomnienie, jak byli słabi i w jaki sposób radzili sobie z bólem oraz niepowodzeniami, przelewając to, co paliło wewnętrznie do zewnątrz. Głupi sposób, zupełnie tego nie rozumiała. To, co nosił Martin, wydawało się częścią czegoś bardziej skomplikowanego i nawet jeśli rozbudzało ciekawość Cynthii, nie zamierzała pytać. Były czasem pytania, których nie powinno się zadawać, zwłaszcza nowo poznanych ludzi.
Kontakt wzrokowy wydawał się jej kluczem. Rozumny wyraz oczu odróżniał żywych od martwych, wolnych od spętanych zaklęciem. Wszystko sprowadzało się do źrenic oraz tęczówek. Zresztą, prowadzili dość bliską i o dziwo zakrawającą w pewien sposób o intymność konwersację, nic więc dziwnego, że nie uciekała spojrzeniem od jego oczu.
- Los bywa przewrotny oraz kapryśny, nie jestem jednak przekonana co do tego, że kogokolwiek nienawidzi. Pewna wiedźma z Nowego Orleanu opowiadała mi kiedyś o karmie.
Odpowiedziała mu tonem zupełnie niezmienionym, pozornie łagodnym, ale i z pewną dozą chłodu oraz dystansu. Ruch głowy sprawił, że jasne pasma, które uciekły z upięcia, znów próbowały zaatakować jej buzię, więc uniosła dłoń i wprawionym już gestem, zgarnęła je za ucho.
Miała wrażenie, że będąc kobietą w rodzie względnie szanowanym, przede wszystkim magicznym i takim, gdzie prędzej lub później dobiorą jej partnera według ich widzimisię, praca była jedyną formą prawdziwej niezależności. Owszem, mogli coś jej sugerować lub czegoś oczekiwać, ale to ona była odpowiedzialna za proces swojej nauki w czasach Hogwartu, a później skupienie na studiach oraz stażu. Dobra posada była czymś, co człowiek musiał praktycznie osiągnąć samemu, podpierając się na własnej wiedzy. Zdarzało się, że koneksję załatwiały sprawę, ale na dłuższą metę osoba bez pojęcia i tak zostałaby zwolniona, zwłaszcza w zawodach skomplikowanych lub publicznych.
Miała wrażenie, że mężczyzna kontemplował nad jej słowami, pogrążając się na chwilę w zamyśleniu, które dla Flintówny pozostawało jednak nieodgadnione. Zgodziłaby się jednak, że Edward nawet jako trup nie miał w sobie niczego interesującego.
Zadane przez niego pytanie sprawiło, że niechciane mruknięcie zastanowienia uciekło jej spomiędzy warg, jakby ją zaskoczył. Był chyba pierwszą osobą, która na takowe wpadła, a przecież tyle było w nim sensu. Jasne tęczówki dziewczyny przesunęły się z twarz Martina na dłonie właścicielki, gdzie poprawiła koronkowe rękawiczki. - Myślę, że tak. Gdy przebywasz ze śmiercią, czujesz śmierć... Wszystko, co dotyczy życia, odbierasz zupełnie inaczej. Nie jest do popularne lub cieszące się szacunkiem zajęcie, ale ma w sobie coś uzależniającego.
Wyjaśniła nieco ciszej, jakby w obawie, że ktokolwiek ją usłyszy poza Martinem i podmuchem wiatru, co było na szczęście niemożliwe.
Kontakt wzrokowy wydawał się jej kluczem. Rozumny wyraz oczu odróżniał żywych od martwych, wolnych od spętanych zaklęciem. Wszystko sprowadzało się do źrenic oraz tęczówek. Zresztą, prowadzili dość bliską i o dziwo zakrawającą w pewien sposób o intymność konwersację, nic więc dziwnego, że nie uciekała spojrzeniem od jego oczu.
- Los bywa przewrotny oraz kapryśny, nie jestem jednak przekonana co do tego, że kogokolwiek nienawidzi. Pewna wiedźma z Nowego Orleanu opowiadała mi kiedyś o karmie.
Odpowiedziała mu tonem zupełnie niezmienionym, pozornie łagodnym, ale i z pewną dozą chłodu oraz dystansu. Ruch głowy sprawił, że jasne pasma, które uciekły z upięcia, znów próbowały zaatakować jej buzię, więc uniosła dłoń i wprawionym już gestem, zgarnęła je za ucho.
Miała wrażenie, że będąc kobietą w rodzie względnie szanowanym, przede wszystkim magicznym i takim, gdzie prędzej lub później dobiorą jej partnera według ich widzimisię, praca była jedyną formą prawdziwej niezależności. Owszem, mogli coś jej sugerować lub czegoś oczekiwać, ale to ona była odpowiedzialna za proces swojej nauki w czasach Hogwartu, a później skupienie na studiach oraz stażu. Dobra posada była czymś, co człowiek musiał praktycznie osiągnąć samemu, podpierając się na własnej wiedzy. Zdarzało się, że koneksję załatwiały sprawę, ale na dłuższą metę osoba bez pojęcia i tak zostałaby zwolniona, zwłaszcza w zawodach skomplikowanych lub publicznych.
Miała wrażenie, że mężczyzna kontemplował nad jej słowami, pogrążając się na chwilę w zamyśleniu, które dla Flintówny pozostawało jednak nieodgadnione. Zgodziłaby się jednak, że Edward nawet jako trup nie miał w sobie niczego interesującego.
Zadane przez niego pytanie sprawiło, że niechciane mruknięcie zastanowienia uciekło jej spomiędzy warg, jakby ją zaskoczył. Był chyba pierwszą osobą, która na takowe wpadła, a przecież tyle było w nim sensu. Jasne tęczówki dziewczyny przesunęły się z twarz Martina na dłonie właścicielki, gdzie poprawiła koronkowe rękawiczki. - Myślę, że tak. Gdy przebywasz ze śmiercią, czujesz śmierć... Wszystko, co dotyczy życia, odbierasz zupełnie inaczej. Nie jest do popularne lub cieszące się szacunkiem zajęcie, ale ma w sobie coś uzależniającego.
Wyjaśniła nieco ciszej, jakby w obawie, że ktokolwiek ją usłyszy poza Martinem i podmuchem wiatru, co było na szczęście niemożliwe.