04.07.2023, 23:49 ✶
Większość czarodziejów chciała, aby ich persona owiana była jakimś całunem tajemniczości, a już zwłaszcza przedstawiciele tych lepszych, bardziej wpływowych rodów ze skorowidza. Nicholas nie był odosobnionym przypadkiem, tak doświadczona aktorka i obserwatorka, jaką była Cynthia- nie dość, że postępowała podobnie, bo niewiele było osób, które mogły mieć styczność z jej prawdziwym obliczem, które coraz słabiej tliło się wśród setek przybieranych masek, to jeszcze postępowała podobnie. Prawda była szlachetna, owszem, ale kłamstwo było pięknym darem dla świata i miało więcej mocy, tworzyło lepszą zbroję. W środowisku, w którym żyli — zwłaszcza dla kobiet gotowych na poświęcenia dla kariery, ta była najważniejsza. Flintówna umiała prowadzić konwersację, lawirowała pomiędzy tematami sprytnie i zwinnie, o ile było jej to potrzebne. W innym wypadku wszystkie te zabiegi towarzyskie i opowiadanie nikogo nieinteresujących anegdotek, były stratą czasu.
Nie byłoby kłamstwem stwierdzenie, że ucieszyłaby się z czyjeś nietypowej i pełnej zagadek śmierci. Nie takiej banalnej, jak zatrucie czy szybka eliminacja zaklęciem niewybaczalnym, co było oklepane i proste do opisania w raporcie, przez co nie miała dużo czasu na dokładną sekcję zwłok i poznanie tajemnic, które skrywały.
Była wychowana tak, że nie wychodziła bez słowa i bez upewnienia się, że konwersacja — zwłaszcza służbowa lub taka w interesie rodziny, jest zakończona. Tkwiła więc prosto, przypominając nieco porcelanową lalkę, która bez cienia strachu lub innej emocji, wpatrywała się w rozmówcę po wypowiedzeniu ostatnich słów. Zupełnie nie przeszkadzało jej towarzystwo mężczyzny, było odrobinę dziwne, ale w żadnym wypadku nie było straszne. Odwzajemniała więc jego spojrzenie, a wyuczony uśmiech, który jej posłał, odwzajemniła w ten sam sposób. - Oczywiście. Miłego dnia, Panie Yaxley.
Pożegnała się jeszcze skinieniem głowy, zanim odwróciła się i opuściła jego gabinet, bezgłośnie wzdychając pod nosem. Kolejny aktor, fan gry pozorów.
W prosektorium było chłodno, dookoła panowała cisza. Wszyscy stażyści oraz pozostali koronerzy poszli już do domu, zostawiając ją samą — no, w towarzystwie trupów, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Nie było żadnego na wierzchu. Pomieszczenie było czyste i pachnące, stoły błyszczały surowością, narzędzia odbijały mleczne światło z zaczarowanych lamp i płomienie kandelabrów, które próbowały dotrzeć do głównej kostnicy z pomieszczenia gospodarczego. Nie miała na sobie białego fartucha, spięte w ciasny kok, mieniące się srebrem włosy, tkwiły rozpuszczone, rozsypane po plecach i ramionach. Biurko, przy którym siedziała, tonęło w pergaminach, raportach i księgach, gdzieś pomiędzy tkwiła filiżanka z ciepłą wciąż kawą, ale nie tak gorącą, jak lubiła. Metalowe wskazówki zegara poruszały się leniwie, Cyna jednak nie miała pojęcia, która jest godzina i ile czasu minęło, odkąd wyszła z gabinetu Yaxleya. Miała mnóstwo pracy jak zwykle. Panująca na korytarzach cisza i brak harmidru dochodzącego z góry utwierdzał ją w przekonaniu, że większość pracowników Ministerstwa była już po pracy. Pióro stuknęło o pergamin, błękitne oczy wpatrywały się w skrupulatnie nakreślone, wyraźne, chociaż bardzo małe literki i dopiero odgłos otwieranych drzwi — ciężkich i metalowych, izolujących temperaturę sprawił, że przymknęła rozchylone wcześniej wargi, na które wstąpił niewinny, życzliwy uśmiech. Doskonale wiedziała, kto to. Wiedziała też, że coś mu dokucza, bo przecież była z wykształcenia uzdrowicielem. - Dziękuje, że zechciał Pan mi dostarczyć tutaj papiery dla ojca, Panie Yaxley. Zechce Pan usiąść? - zapytała nienachalnie, podnosząc na niego wzrok.
Nie byłoby kłamstwem stwierdzenie, że ucieszyłaby się z czyjeś nietypowej i pełnej zagadek śmierci. Nie takiej banalnej, jak zatrucie czy szybka eliminacja zaklęciem niewybaczalnym, co było oklepane i proste do opisania w raporcie, przez co nie miała dużo czasu na dokładną sekcję zwłok i poznanie tajemnic, które skrywały.
Była wychowana tak, że nie wychodziła bez słowa i bez upewnienia się, że konwersacja — zwłaszcza służbowa lub taka w interesie rodziny, jest zakończona. Tkwiła więc prosto, przypominając nieco porcelanową lalkę, która bez cienia strachu lub innej emocji, wpatrywała się w rozmówcę po wypowiedzeniu ostatnich słów. Zupełnie nie przeszkadzało jej towarzystwo mężczyzny, było odrobinę dziwne, ale w żadnym wypadku nie było straszne. Odwzajemniała więc jego spojrzenie, a wyuczony uśmiech, który jej posłał, odwzajemniła w ten sam sposób. - Oczywiście. Miłego dnia, Panie Yaxley.
Pożegnała się jeszcze skinieniem głowy, zanim odwróciła się i opuściła jego gabinet, bezgłośnie wzdychając pod nosem. Kolejny aktor, fan gry pozorów.
W prosektorium było chłodno, dookoła panowała cisza. Wszyscy stażyści oraz pozostali koronerzy poszli już do domu, zostawiając ją samą — no, w towarzystwie trupów, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Nie było żadnego na wierzchu. Pomieszczenie było czyste i pachnące, stoły błyszczały surowością, narzędzia odbijały mleczne światło z zaczarowanych lamp i płomienie kandelabrów, które próbowały dotrzeć do głównej kostnicy z pomieszczenia gospodarczego. Nie miała na sobie białego fartucha, spięte w ciasny kok, mieniące się srebrem włosy, tkwiły rozpuszczone, rozsypane po plecach i ramionach. Biurko, przy którym siedziała, tonęło w pergaminach, raportach i księgach, gdzieś pomiędzy tkwiła filiżanka z ciepłą wciąż kawą, ale nie tak gorącą, jak lubiła. Metalowe wskazówki zegara poruszały się leniwie, Cyna jednak nie miała pojęcia, która jest godzina i ile czasu minęło, odkąd wyszła z gabinetu Yaxleya. Miała mnóstwo pracy jak zwykle. Panująca na korytarzach cisza i brak harmidru dochodzącego z góry utwierdzał ją w przekonaniu, że większość pracowników Ministerstwa była już po pracy. Pióro stuknęło o pergamin, błękitne oczy wpatrywały się w skrupulatnie nakreślone, wyraźne, chociaż bardzo małe literki i dopiero odgłos otwieranych drzwi — ciężkich i metalowych, izolujących temperaturę sprawił, że przymknęła rozchylone wcześniej wargi, na które wstąpił niewinny, życzliwy uśmiech. Doskonale wiedziała, kto to. Wiedziała też, że coś mu dokucza, bo przecież była z wykształcenia uzdrowicielem. - Dziękuje, że zechciał Pan mi dostarczyć tutaj papiery dla ojca, Panie Yaxley. Zechce Pan usiąść? - zapytała nienachalnie, podnosząc na niego wzrok.