Marta naprawdę dawała się omamić Rookwoodowi. Tyle lat była samotna i nie lubiana, że teksty o współpracy łykała jak pelikan. Avelina natomiast doceniała manipulację jaką posługiwał się jej starszy kolega. Było to nad wyraz fascynujące i chciałaby poznać takie tajniki; zapewne nigdy nie będąc dobrą w taką grę, ale obserwować nikt jej nie zabroni, prawda?
Marta zachichotała robiąc kolejne okrążenie wokół mokrego Augustusa. Była w niebo wzięta, że będzie mogła uczestniczyć w jakiejś nowej konspiracji.
– O tak! Łączy! – w jej oczach pojawiły się łzy, a Avelina nie była w stanie ocenić, czy były one łzami szczęścia, czy może rozpaczy, ponieważ jęki ducha były bardzo skomplikowane. Gdy Rookwood wspomniał, że mógłby być jej przyjacielem duch wystrzelił pod sam sufit ciesząc się niemiłosiernie. – Mogę, mogę! – podfrunęła do niego na kilka cali zatrzymując się przed jego twarzą. – Marta nie miała przyjaciół. Każdy tylko wyśmiewał i obgadywał Martę. – wyszlochała mu kuląc się w sobie jakby przypomniała sobie jakąś traumę z przeszłości. – Ale będę wierną, będę dobrą przyjaciółką. – zapłakała desperacko kręcąc się wokół Rookwooda jakby chciała go osaczyć. – Jakiej przysługi potrzebujesz? – zapytała konspiracyjnym szeptem.