Marta czuła się tak jakby Rookwood wykonywał z nią ich wspólny taniec, więc była jeszcze bardziej zachwycona, gdy się z nią obracał. Chichotała jak jeszcze nigdy i przeplatała ten śmiech cichym szlochem, bo jej życie było takie smutne, a teraz zyskiwała przyjaciela. Avelina czuła w serduszku jakiś dziwny ucisk, gdy chłopiec mamił w ten sposób ducha. Zdawała sobie sprawę, że Marta nie była w pełni zmysłów, dlatego pozwalała mu na to, ale po części Paxton ten widok przerażał. Rookwood był jak wąż i dziewczyna nie wiedziała, dlaczego tu nadal stała i patrzyła na niego z wypiekami na policzkach. Może to dlatego, że bardzo przystojnie wyglądał, gdy był mokry od wody?
– Dokładnie, a jeszcze Irytek jest tak samo nieznośny! Chciałabym, aby dał mi spokój. Oh. – zachlipała z próżnym uśmiechem na ustach, gdy Augustus dawał jej tyle atencji. – Oh! Alicja Hornby dokuczała mi z powodu moich okularów – zachlipała teatralnie. – I tamtego… oh… tamtego dnia przyszłam tutaj… – rozpłakała się jeszcze bardziej krążąc niespokojnie po łazience. – Nie chce o tym mówić. To okropne wspomnienie… – schowała się w jednej z kabin jakby chciała uciec. – Musiałam nosić okulary, a oni mi tak dokuczali – zaszlochała z kabiny, ale po chwili wyleciała z niej jakby nie chciała zostawiać Aveliny i Rookwooda samych. – A ty… ty co tu robisz? Też ci dokuczają? – zapytała rozpaczliwie i z ciekawością przekrzywiając głowę.