Dopisywanie sobie odpowiedzi do rzeczy, o które nawet nie pytano. Wyciąganie wniosków z argumentów, które nie padały. Było kilka zmyślnych funkcji mózgu, które uniemożliwiały klarowną komunikację. I przez te funkcje Sauriel miał teraz obawę, że zostanie źle odebrany - w słowach, czynach i spojrzeniach. Poczuł to po raz pierwszy, bo do tej pory się tym nie przejmował. Był dla Victorii tak samo dobry jak dla wszystkich osób, które mu weszły pod skórę w ten najbardziej pozytywny sposób. Jasne, ich relacja się różniła ze względu na to, że musieli się jakoś dotrzeć i być może będą dzielili dom, jeśli nic nie wybuchnie, albo Sauriel nie pierdolnie pięścią w stół. Na to ostatnie się nie zapowiadało. Ale to prawda, że o wiele mocniej wstrząsnęła nim Victoria, niżby chciał. Niż powinno to być. I głównie dlatego był taki wkurwiony. Bo coś tu nie grało i w jego własnym mniemaniu - nie pasowało. Albo tak sobie po prostu wmawiał, żeby nie przyznać przed samym sobą, że naprawdę się martwi. Bo martwi - naprawdę. I tak znowu niby to wiesz, niby nie wiesz. I czemu w sumie w ogóle zastanawiasz się nad tymi syngałami, nadawaniem i odbiorem? Że jak to wypadnie, a czy na pewno dobrze, a co jeśli? Zazwyczaj człowiek zaczynał się tym martwić, kiedy sam nie był pewien, co mu po głowie chodzi. I co chciałby w zasadzie nadać. No więc - Sauriel nie wiedział. Wiedział za to, czego nie chciał - a nie chciał żeby odbierała jego wkurwa jako coś wycelowanego w nią. To jeden z przykładów. Chyba się udawało do tej pory.
- Może dlatego, że jestem zimny. Jak trup. - Lekka nuta sarkazmu się tutaj wkradła, czy może ironizacji. Coś tam w namiocie faktycznie gadali o zimnie. To było naturalne, że człowiek się wzdrygał, kiedy miał nagle kontakt z zimnem - tak u Victorii jak i wszystkich osób wokół. To nie była świadoma reakcja. Zwłaszcza w ciepłe dni... bo co innego, kiedy stykasz się zimą ze sobą, kiedy sam jesteś zmarznięty i szczypią koniuszki palców. - Bez przesady... przeglądali cię... przyglądali ci się medycy tam na miejscu. Na pewno jest mnóstwo lekarzy, których tam nie było a mogą pomyśleć nad problemem. - Strasznie pesymistyczne: lekarze stamtąd nie wiedzieli, co mi jest, więc na pewno nic nie da próbowanie dalej. I to pomyślał on! Nie miał siebie za niepoprawnego optymisty, ale tutaj Victoria zabrzmiała jak zła wróżka... wróżka. Wróżka, która nawiedziła ich na Beltane. Sam się teraz lekko wzdrygnął. - Trochę domowego zacisza ci nie zaszkodzi. - Przypieczętował jej los, a powiedział to całkiem mocnym i wyraźnym tonem jak na jego mruczenie, na które się teraz przeniósł, kiedy gniew przestał mu ściskać gardło. I przestał warczeć. Ciężko było nie pomyśleć, że chyba jest wręcz zadowolony. No - był. Zadowolony z tego, że miała ojca, na którym mogła polegać. I który już na pewno dopilnuje, żeby sprawdzić wszystkich medyków świata. - Ale wiesz, zimno to nie koniec świata. Chyba że lubi się gorącą czekoladę. - Uśmiechnął się tu nawet, próbując wstawić coś humorystycznego. Lżejszego. Żeby przeciąć tę ponurość czymś milszym.
Dziękowała, że próbuje... próby były coś warte - wiedział to. Czasami były warte bardzo wiele. Potrafiły podnieść na duchu, nawet jeśli nie były udane. Bo ktoś się stara, bo komuś zależy - to było czasem pokazywane takimi próbami. I choć nie znał sposobu na rozwiązanie jej problemów ani bolączek, mógł właśnie próbować. Przynajmniej dopóki sam miał energię na te próby.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.