06.07.2023, 19:16 ✶
Zacisnąłem wargi w niezadowoleniu. Doprawdy, jakież to było śmieszne-przezabawne, że stałem tu taki bezradny, zwiedziony przez jej jakieś głupie - pożal się Merlinie - żarty i cierpiałem. Dosłownie, bo kiedy tylko próbowałem to jakoś ruszyć, to kułem się w paluchy, a nie znosiłem kłucia w paluchy. Na którymś razie poddałem się i opuściłem bezradnie ręce, a właściwie jedną, bo drugą się podparłem o najbliższy mebel by przypadkiem nie runąć. Kto wie, do jakich to rozmiarów urośnie?
- Z łaski swojej... Vespero, na Merlina! Opanuj się, kobieto! - próbowałem jakoś przekrzyczeć te jej chichoty, ale najwyraźniej śmiechom nie było końca. Jak tak dalej pójdzie, to ja stanę się rośliną, a Vespera zadławi się własnym żartem - ta sekcja zwłok również nie byłaby imponująca, aczkolwiek swój roślinny zadek z chęcią bym obejrzał. Gdybym tylko mógł, ale było to techniczne niemożliwe.
- Dobrze, dobrze... Już ci lepiej? - zapytałem, mając nadzieję, że się już wychichotała. Ja tu stałem, marzłem i traciłem godność. - Czy ty możesz, z łaski swojej, usunąć mi to COŚ z głowy nim ukorzeni się w moim mózgu!? - kontynuowałem jak najbardziej poważnym tonem. Pragnąłem zauważyć, że ta sytuacja mnie nie bawiła. Może na krótką chwilę moja gęba przedstawiała grymas uśmiechu, ale to była wina Vespery, której dawno nie widziałem aż tak rozbawionej. Przez myśl mi przeszło, że może to dobrze się stało, że skończyłem z chwastem na głowę, ale bardzo szybko pogrzebałem podobne myśli. Nie, nie stało się dobrze. Chciałem być odkaktusowany i to czym prędzej.
- Szybko, zanim zlecą się szakale - pospieszyłem ją, mając nadzieję, że zabrała ze sobą różdżkę. Głowa zaczynała mi ciążyć.
- Z łaski swojej... Vespero, na Merlina! Opanuj się, kobieto! - próbowałem jakoś przekrzyczeć te jej chichoty, ale najwyraźniej śmiechom nie było końca. Jak tak dalej pójdzie, to ja stanę się rośliną, a Vespera zadławi się własnym żartem - ta sekcja zwłok również nie byłaby imponująca, aczkolwiek swój roślinny zadek z chęcią bym obejrzał. Gdybym tylko mógł, ale było to techniczne niemożliwe.
- Dobrze, dobrze... Już ci lepiej? - zapytałem, mając nadzieję, że się już wychichotała. Ja tu stałem, marzłem i traciłem godność. - Czy ty możesz, z łaski swojej, usunąć mi to COŚ z głowy nim ukorzeni się w moim mózgu!? - kontynuowałem jak najbardziej poważnym tonem. Pragnąłem zauważyć, że ta sytuacja mnie nie bawiła. Może na krótką chwilę moja gęba przedstawiała grymas uśmiechu, ale to była wina Vespery, której dawno nie widziałem aż tak rozbawionej. Przez myśl mi przeszło, że może to dobrze się stało, że skończyłem z chwastem na głowę, ale bardzo szybko pogrzebałem podobne myśli. Nie, nie stało się dobrze. Chciałem być odkaktusowany i to czym prędzej.
- Szybko, zanim zlecą się szakale - pospieszyłem ją, mając nadzieję, że zabrała ze sobą różdżkę. Głowa zaczynała mi ciążyć.