Nie miał na myśli tego, jak ona do tego podchodzi, bo myśleć i mówić można różne rzeczy. To jest - nie to, że zarzucał jej kłamstwo, po prostu były pewne rzeczy, których przeskoczyć się nie dało chcąc czy nie chcą. Akceptować sobie można było. Na pewno nie byłoby milej, gdyby chodziła i na to narzekała, ale w to, że tego nie robiła, był w stanie uwierzyć raczej ze względu na to, że wypowiadanie wszem i wobec o jego zimnie, o jego trupowatości, tworzyło kiepski piar. Wydawało mu się, że Victoria jest osobą, która potrafi dotrzymywać sekretów. Miał do niej już sporą dozę zaufania, co w jego przypadku było całym ogromem. Nie zamierzał wątku ciągnąć, bo nie było potrzeby, temat był już i tak nieważny. Co było to minęło, może jeśli wszystko wróci do normy (z nią) to będzie okazja pogadać o tym, czy to przyjemne mniej czy bardziej i czy rzeczywiście "tak jej to nie przeszkadza", jak teraz wielkimi słowy mówiła. Według Sauriela wielkimi słowy. I też, żeby nie było wątpliwości, mimo wszystko doceniał, że prezentowała sobą takie nastawienie.
- Duże "może". - Nie pozwolił pozostać odczuciu, że to mogłoby mu niepasować, w zapomnieniu. Sam zaczął, a teraz niezadowolony, co? Bo tak - tonący brzytwy się chwyta. Ale jeszcze nie można mówić o tonięciu, prawda? Niektóre choroby identyfikuje się latami i to te, które są światu znane. Co dopiero to, co niepoznane... Podobnych trupom było trochę więcej niż tylko wampiry. A jeśli tam zabawa szła w pochłanianie energii, to może coś się na tym polu podziało? Lekko pokręcił głową do swoich własnych myśli, upominając się, żeby nie zanurzyć się zbyt głęboko.
Spojrzał na Victorie jak na kretynkę, kiedy powiedziała, że z nią nie z Isabellą, a że jego spojrzenie było komentarzem samym w sobie to nawet nic nie powiedział, bo aż zaniemówił. Nawet nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Nie. Potrzebuję do roboty. - Powiedział bez ogródek i wyciągnął fajkę, kiedy szli w kierunku domu. - Nie mogę po prostu zostać na długo. - Wyjaśnił, skoro miała wątpliwości co do tego, dlaczego szukał trochę wymówek apropo tego, czemu w ogóle miałby za nią do tego budynku wejść. Chociaż też prawda, że wcale nie miał ochoty oglądać teraz twarzy jej matki. - I tak już sporo odłożyłem, co mam do zrobienia, żeby cię znaleźć. - Ona miała swoje obowiązki i życie za dnia, on - nocą. Gdyby tak pominąć całe igranie z mroczną stroną tego świata to ich życie wyglądałoby prześmiesznie - mijaliby się wręcz zjawiskowo. Kiedy ona wracałaby po pracy, on by wychodził. Krótkie spotkania między jednym a drugim wyjściem byłyby całokształtem zetknięcia małżeństwa. - Mam po prostu trudność z odmówieniem ci, co mnie wkurwia. - To było straszne uczucie. Takie ciągnące. Gniotące. Ograniczające. I to uczucie dotyczyło tego, że musiał stąd iść, a nie, że chciał zostać.
- Daj spokój. - Spojrzał bez wyrazu na te kwiaty, rozrzucone w nieładzie, potargane przez wiatr, przeczesane i przerzedzone. Nie robiły na nim wrażenia, kiedy żyły. Nie robiły wrażenia też, gdy zmarły. Wypuścił dym z ust. - To tylko kwiatki. - Rzecz nabyta. Żywa tylko formalnie, jak rośliny są żywe. Można je wyhodować od nowa, co za problem? Jasne, zajmie to czas, ale czy to nie powinna być, no nie wiem, zabawa? Na razie była jednak tragedia Victorii. - Będziesz miała przynajmniej zajęcie w domu. - Skoro już ojciec miał ją tutaj trochę przetrzymać to nie będzie się nudzić. Więc w zasadzie to było z tego coś dobrego... prawda?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.