Widząc jego uśmiech Avelina zmarszczyła groźnie brwi. Oh, ale on ją denerwował, a jego bliskość nie pomagała jej w lubieniu go. No może odrobinkę jej to łechtało serduszko, ale nie – spokojnie nie zamierzała sobie wyobrażać, że Rookwood będzie ją przytulać jak w romansach, które czasami czytała. Chłopak kojarzył jej się z taką szybką muzyką na pianinie, która momentami zamieniała się w powolną i wężową, aby za chwilę znowu przyśpieszyć i zaskoczyć swoim rytmem. Gdy widziała go w swojej głowie łączyła go z kolorem granatowym, burzowym i nieprzewidywalnym. Nie chciała go też tak szybko oceniać, może po prostu dzisiaj miał dzień dokuczania Krukonom. Nie znała grafików Ślizgońskich, więc to mogła być prawda.
Gdy ją mierzył wzrokiem cicho westchnęła czując jak policzki palą ją z zawstydzenia. Nienawidziła, gdy ludzie źle oceniali jej emocje i reakcje. On się jej wcale nie podobał! Nie wiedziała dlaczego się tak rumieniła, ale jego bliskość po prostu była dla niej zawstydzająca.
– Jak to? – zapytała trochę głupio, gdy jej powiedział, że nie zejdzie. Szukała wzrokiem pola do ucieczki, ale totalnie nie miała żadnego manewru. Jedynie mogła go zrzucić z sedesu, ale wtedy było prawdopodobieństwo, że chłopak coś sobie zrobi, albo ona sobie coś zrobi. – Co to znaczy ociekać Gryffindorem? – uniosła brew ku górze w dosyć arogancki sposób, ponieważ Avelina uważała, że była inteligentną osobą i mówieniem innym, że ktoś wygląda tak jak ktoś inny uważała za głupie lub nie na miejscu. – Puść mnie Rookwood. – mruknęła czując się naprawdę kłopotliwie.
Chciała go zmusić, aby zszedł z sedesu, więc uniosła się lekko pochylając się ku niemu, ale wtedy poślizgnęła się na muszli i złapała się go mocno, aby nie upaść. Miała nadzieje, że on też się trzymał mocno, ponieważ mogli zaraz oboje polecieć wprost na drzwi od kabiny.