09.07.2023, 21:17 ✶
Spiąłem się niesamowicie, kiedy zobaczyłem Ojca w drzwiach i właściwie od razu usłyszałem jego podniesiony głos. Jego słowa wgryzły się odpowiednio. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale na chwilę wstrzymałem oddech.
Mogłem udawać, że nie sądziłem, że przyjdzie tu wiedziony tym harmidrem, ale sam sobie to zgotowałem, wydzierając się jak ten debil pod wpływem chwili. Miałem za swoje. Upokorzenie do kwadratu. Chciałem być najlepszy, a wyszło jak wyszło. Jak zwykle zresztą.
Zacisnąłem dłonie w pięści, jak gdybym chciał komuś przywalić. Niestety, to nie była ta bajka. Stałem tak tylko i obserwowałem całą tę zbieraninę, bo jeszcze na domiar złego przyszedł wtrącić swoje trzy grosze najmądrzejszy w naszej rodzinie - Ulysses. Kochałem brata, ale mógł sobie darować dedukcję, z której i tak nic nie wynikało. Cała ta sytuacja to niechybnie wina Vespery, ale nie mogłem jej tak wsypać przed ojcem. Jednak resztki braterskiej solidarności w sobie miałem.
- Nie wiem, może to ten szampon - mruknąłem, wzruszając ramionami, po czym wzdrygnąłem się, kiedy Ulysses wycelował różdżkę w moim kierunku. W takich sytuacjach zawsze odpowiadałem przeciwzaklęciem, ale teraz... Teraz leżała moja akacja tuż obok na lustrze i musiałem się ukorzyć, bo nie chciałem na ślepo rzucać zaklęciami w moją głowę. Jeszcze resztki rozsądku w sobie miałem, więc musiałem polegać na rodzeństwie. Oby tego nie spierdolili.
Zacisnąłem powieki, ale nie poczułem żadnej zmiany. Nawet ponownie uniosłem dłoń by pomacać czubek swojej głowy, co zakończyło się... ukłuciem, rzecz jasna. Vespera zachichotała. Kochałem ją, ale, na Marlina!, mogła nie rozwścieczać nam ojca, tylko pozbyć się mojego problemu i najlepiej o nim zapomnieć. Ponagliłem ją spojrzeniem.
- Vespero... Ja ciebie proszę, skończ już z tą żenującą wizją doniczki. Pozbądź się tego - bardziej rozkazałem aniżeli poprosiłem, ale to była prośba w wersji Rookwoodowej. Gdyby ktoś pytał, to tata nas tego nauczył. - W tej chwili ci nie ufam, ale nie mam innego wyboru. Przestań się śmiać, skup się i rzucaj - odparłem rzeczowo na jej zaczepki. Zresztą, i tak już traciłem resztki godności, a jak siostra mi odpali w tym stanie przeciwzaklęcie, to obawiałem się, że po tym skończę gorzej aniżeli interesanci z mojej pracy.
- Zmieniłem zdanie. Tato, mógłbyś...? - spojrzałem na niego z ogromną prośbą w spojrzeniu. Raczej nie musiałem kończyć tego zdania by wiedział co zrobić. Nie ukrywałem, że wiele mnie kosztowało to by poprosić go o przysługę. Był raczej zdania, że sami powinniśmy sobie radzić. I sobie radziłem! Wcale tak nie było, że nie... Po prostu wynikła tu nietypowa sytuacja, a Vespera miała z tego zbyt duży ubaw. - Preferuję aby zrobił to ktoś o czystym umyśle. Nie chcę skończyć jak warzywo.
Mogłem udawać, że nie sądziłem, że przyjdzie tu wiedziony tym harmidrem, ale sam sobie to zgotowałem, wydzierając się jak ten debil pod wpływem chwili. Miałem za swoje. Upokorzenie do kwadratu. Chciałem być najlepszy, a wyszło jak wyszło. Jak zwykle zresztą.
Zacisnąłem dłonie w pięści, jak gdybym chciał komuś przywalić. Niestety, to nie była ta bajka. Stałem tak tylko i obserwowałem całą tę zbieraninę, bo jeszcze na domiar złego przyszedł wtrącić swoje trzy grosze najmądrzejszy w naszej rodzinie - Ulysses. Kochałem brata, ale mógł sobie darować dedukcję, z której i tak nic nie wynikało. Cała ta sytuacja to niechybnie wina Vespery, ale nie mogłem jej tak wsypać przed ojcem. Jednak resztki braterskiej solidarności w sobie miałem.
- Nie wiem, może to ten szampon - mruknąłem, wzruszając ramionami, po czym wzdrygnąłem się, kiedy Ulysses wycelował różdżkę w moim kierunku. W takich sytuacjach zawsze odpowiadałem przeciwzaklęciem, ale teraz... Teraz leżała moja akacja tuż obok na lustrze i musiałem się ukorzyć, bo nie chciałem na ślepo rzucać zaklęciami w moją głowę. Jeszcze resztki rozsądku w sobie miałem, więc musiałem polegać na rodzeństwie. Oby tego nie spierdolili.
Zacisnąłem powieki, ale nie poczułem żadnej zmiany. Nawet ponownie uniosłem dłoń by pomacać czubek swojej głowy, co zakończyło się... ukłuciem, rzecz jasna. Vespera zachichotała. Kochałem ją, ale, na Marlina!, mogła nie rozwścieczać nam ojca, tylko pozbyć się mojego problemu i najlepiej o nim zapomnieć. Ponagliłem ją spojrzeniem.
- Vespero... Ja ciebie proszę, skończ już z tą żenującą wizją doniczki. Pozbądź się tego - bardziej rozkazałem aniżeli poprosiłem, ale to była prośba w wersji Rookwoodowej. Gdyby ktoś pytał, to tata nas tego nauczył. - W tej chwili ci nie ufam, ale nie mam innego wyboru. Przestań się śmiać, skup się i rzucaj - odparłem rzeczowo na jej zaczepki. Zresztą, i tak już traciłem resztki godności, a jak siostra mi odpali w tym stanie przeciwzaklęcie, to obawiałem się, że po tym skończę gorzej aniżeli interesanci z mojej pracy.
- Zmieniłem zdanie. Tato, mógłbyś...? - spojrzałem na niego z ogromną prośbą w spojrzeniu. Raczej nie musiałem kończyć tego zdania by wiedział co zrobić. Nie ukrywałem, że wiele mnie kosztowało to by poprosić go o przysługę. Był raczej zdania, że sami powinniśmy sobie radzić. I sobie radziłem! Wcale tak nie było, że nie... Po prostu wynikła tu nietypowa sytuacja, a Vespera miała z tego zbyt duży ubaw. - Preferuję aby zrobił to ktoś o czystym umyśle. Nie chcę skończyć jak warzywo.