03.11.2022, 22:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2022, 15:11 przez Theseus Fletcher.)
- Rozszerzyć usługi? – zastanowił się, choć nie do końca chyba mieli to samo na myśli. Uważał, że ludzie mieli dziwne zainteresowania. Wolał nie hodować zwierząt rzadkich na poklask dla jakichś bogatych gagatków, którzy mogliby te istoty skrzywdzić. Czy chodziło mu zatem o ochronę? Być może.
- Myślę, że mogą. – kiwnął głową, wbijając łyżeczkę we własne, w końcu zamówione ciasto. Zanim ugryzł jego kawałek, pogrzebał chwilę w różowej masie. – W końcu my też się różnimy. Czy to za sprawą magii, czy tak po prostu. – dodał. Wydawało mu się to całkiem prawdopodobne i był z tych, którzy podchodzili do świata jak do otwartej książki popularno-naukowej z elementami przygodowymi.
- Szczerze, Geraldine, mnie tu po prostu nic nie trzyma. – wyznał, opierając się wygodniej o oparcie krzesła. Wyglądał na wpół zdeterminowanego, na wpół zrezygnowanego. Jakby siedział mu na piersiach jakiś ciężar, trudny do zrzucenia i dający o sobie znać z każdym oddechem. – Mógłbym po prostu wyjść stąd, spakować manatki, najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyć w podróż. Może bez końca. Nie wiem. – pokręcił głową. Jaki ojciec, taki syn. Tylko, że ten pierwszy przed czymś uciekał. Ten drugi? Może jeszcze tego nie wiedział, a wydrapana dziura w jego klatce piersiowej, która przez te wszystkie lata tylko się powiększała, miała jakieś znaczenie. Niektórzy nie żyją dla sławy, pieniędzy, tylko żeby przykryć to, czego im brakuje. Przelotnymi znajomościami, niebezpiecznymi zajęciami, czy w jakikolwiek inny sposób.
Pokręcił głową, wolna dłoń wybiła pojedynczy rytm o blat stołu. Nie podobały mu się pieniądze, które były zależne. Nie chciał mówić tego na głos. Może powinien odezwać się do kuzynów albo poważnie pomyśleć nad dorabianiem jako kaletnik? Nie jako niedzielne zabijanie nudy między jednym, a drugim zleceniem.
- Na razie może nie mówmy. – przytaknął, bardziej „na miejscu” niż chwilę temu. – Masz rację, może nawet by się na to nie zgodzili. – dodał, zanim oparłszy obie ręce na oparciu krzesła, powoli wspiął się, a raczej przesunął do przodu, w niby to spiskowym geście. – Musielibyśmy mieć też jakąś przykrywkę. – powiedział przyciszonym głosem z uśmiechem kiełkującym gdzieś w kącikach ust. – Chciałaś się nauczyć więcej robić w skórach, tak? – Opadł na krzesło, tak jak normalni ludzie. Kątem oka zerknął na otoczenie, już jakby mniej istotne.
- Myślę, że mogą. – kiwnął głową, wbijając łyżeczkę we własne, w końcu zamówione ciasto. Zanim ugryzł jego kawałek, pogrzebał chwilę w różowej masie. – W końcu my też się różnimy. Czy to za sprawą magii, czy tak po prostu. – dodał. Wydawało mu się to całkiem prawdopodobne i był z tych, którzy podchodzili do świata jak do otwartej książki popularno-naukowej z elementami przygodowymi.
- Szczerze, Geraldine, mnie tu po prostu nic nie trzyma. – wyznał, opierając się wygodniej o oparcie krzesła. Wyglądał na wpół zdeterminowanego, na wpół zrezygnowanego. Jakby siedział mu na piersiach jakiś ciężar, trudny do zrzucenia i dający o sobie znać z każdym oddechem. – Mógłbym po prostu wyjść stąd, spakować manatki, najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyć w podróż. Może bez końca. Nie wiem. – pokręcił głową. Jaki ojciec, taki syn. Tylko, że ten pierwszy przed czymś uciekał. Ten drugi? Może jeszcze tego nie wiedział, a wydrapana dziura w jego klatce piersiowej, która przez te wszystkie lata tylko się powiększała, miała jakieś znaczenie. Niektórzy nie żyją dla sławy, pieniędzy, tylko żeby przykryć to, czego im brakuje. Przelotnymi znajomościami, niebezpiecznymi zajęciami, czy w jakikolwiek inny sposób.
Pokręcił głową, wolna dłoń wybiła pojedynczy rytm o blat stołu. Nie podobały mu się pieniądze, które były zależne. Nie chciał mówić tego na głos. Może powinien odezwać się do kuzynów albo poważnie pomyśleć nad dorabianiem jako kaletnik? Nie jako niedzielne zabijanie nudy między jednym, a drugim zleceniem.
- Na razie może nie mówmy. – przytaknął, bardziej „na miejscu” niż chwilę temu. – Masz rację, może nawet by się na to nie zgodzili. – dodał, zanim oparłszy obie ręce na oparciu krzesła, powoli wspiął się, a raczej przesunął do przodu, w niby to spiskowym geście. – Musielibyśmy mieć też jakąś przykrywkę. – powiedział przyciszonym głosem z uśmiechem kiełkującym gdzieś w kącikach ust. – Chciałaś się nauczyć więcej robić w skórach, tak? – Opadł na krzesło, tak jak normalni ludzie. Kątem oka zerknął na otoczenie, już jakby mniej istotne.