10.07.2023, 18:42 ✶
Nie rozumiałem za bardzo jej zaangażowania w spełnianie moich marzeń. Obawiałem się tego, szczególnie że nie chciałem by brała to tak do siebie. Najlepiej byłoby, gdyby kompletnie zapomniała o mnie i o magii bezróżdżkowej. Sam nie wiedziałem, co mnie popchnęło ku temu by tak się uzewnętrzniać i to do niej! Byliśmy niemalże arcywrogami.
Ponadto wystarczyło, że zrobiła mi eliksiry. Nie chciałem się bardziej u niej zadłużać. Wolałem być wolny od wszelkich przysług. Zdobycie liścia mandragory nie należało do zadań najgorszych, najłatwiejszych również nie, ale na tym mogliśmy poprzestać. Obawiałem się tego, co mogłoby nadejść później. Scenariuszy parę miałem w głowie. Nie chciałem ich realizować.
- Żartowałem tylko. Nie bierz tego tak do siebie. Sam to osiągnę - odparłem poniekąd pogodny, poniekąd na powrót dystansujący się. Nie potrzebowałem jej pomocy, poza tym od zawsze i na zawsze byłem z tym sam, jak ze wszystkim innym. Nikt nie był mi potrzebny. Zamierzałem to osiągnąć solo. Dam radę! I to jak! Nie poddam się łatwo, szczególnie kiedy już się jej wygadałem. Czułem się teraz bardziej zobowiązany żeby nie dać plamy. Miałaby dodatkowe tematy do kpin ze mnie, a tego nie zamierzałem jej ofiarować na srebrnej tacy.
Poza tym naprawdę dużo czytałem na te tematy, więc znajdę sposób. Sam. Dokładnie. Dam radę.
- I masz całkowitą rację, jeśli chodzi o wymykanie się w nocy z dormitorium. Nie powinnaś tak ryzykować - kontynuowałem nieco oschle. Trochę się zasiedzieliśmy, ona była śpiąca, a jeszcze ktoś nas najdzie i wcale nie będzie tak miło. Nie chciałem prowadzać się z Krukonkami ze smarkami pod nosem. Przynajmniej nie publicznie. Wrzuciłem więc czym prędzej księgę do torby, złapałem za lampę i wstałem. Pora była iść. Zrobiła mi eliksiry, to przynajmniej na tę chwilę odprowadzę ją do dormitorium by nikt się jej nie czepiał.
Chciałem chwycić ją pod ramię by z nią przespacerować przez ciemne korytarze, ale zbyłem to w sobie. Jeszcze czego! Powinienem pamiętać, z kim miałem do czynienia. Nie rozumiałem jej postępowania. Zachowywała się jak sojuszniczka, ale... Nie byliśy nimi. Miałem mętlik w głowie. I kto wie? Może nie powinienem być dla niej takim kutasem? Może będę chciał więcej eliksirów?
- Wybacz... Po prostu skup się na własnych celach - zaproponowałem, wykrzesując z siebie lekki uśmiech. Przyjazny? Nieco. Robiłem to, o dziwo, w dobrej wierze. Nie tylko by zdobyć więcej eliksirów, ale też by nie czuła się źle. Sam ją zaprosiłem do przesiadywania ze mną, ale... nie czułem by to miało być powtarzalne w przyszłości. To nie było nam pisane. - Chodźmy - dodałem i kiedy zauważyłem, że jest gotowa, ruszyłem w kierunku dormitorium Ravenclawu.
Ponadto wystarczyło, że zrobiła mi eliksiry. Nie chciałem się bardziej u niej zadłużać. Wolałem być wolny od wszelkich przysług. Zdobycie liścia mandragory nie należało do zadań najgorszych, najłatwiejszych również nie, ale na tym mogliśmy poprzestać. Obawiałem się tego, co mogłoby nadejść później. Scenariuszy parę miałem w głowie. Nie chciałem ich realizować.
- Żartowałem tylko. Nie bierz tego tak do siebie. Sam to osiągnę - odparłem poniekąd pogodny, poniekąd na powrót dystansujący się. Nie potrzebowałem jej pomocy, poza tym od zawsze i na zawsze byłem z tym sam, jak ze wszystkim innym. Nikt nie był mi potrzebny. Zamierzałem to osiągnąć solo. Dam radę! I to jak! Nie poddam się łatwo, szczególnie kiedy już się jej wygadałem. Czułem się teraz bardziej zobowiązany żeby nie dać plamy. Miałaby dodatkowe tematy do kpin ze mnie, a tego nie zamierzałem jej ofiarować na srebrnej tacy.
Poza tym naprawdę dużo czytałem na te tematy, więc znajdę sposób. Sam. Dokładnie. Dam radę.
- I masz całkowitą rację, jeśli chodzi o wymykanie się w nocy z dormitorium. Nie powinnaś tak ryzykować - kontynuowałem nieco oschle. Trochę się zasiedzieliśmy, ona była śpiąca, a jeszcze ktoś nas najdzie i wcale nie będzie tak miło. Nie chciałem prowadzać się z Krukonkami ze smarkami pod nosem. Przynajmniej nie publicznie. Wrzuciłem więc czym prędzej księgę do torby, złapałem za lampę i wstałem. Pora była iść. Zrobiła mi eliksiry, to przynajmniej na tę chwilę odprowadzę ją do dormitorium by nikt się jej nie czepiał.
Chciałem chwycić ją pod ramię by z nią przespacerować przez ciemne korytarze, ale zbyłem to w sobie. Jeszcze czego! Powinienem pamiętać, z kim miałem do czynienia. Nie rozumiałem jej postępowania. Zachowywała się jak sojuszniczka, ale... Nie byliśy nimi. Miałem mętlik w głowie. I kto wie? Może nie powinienem być dla niej takim kutasem? Może będę chciał więcej eliksirów?
- Wybacz... Po prostu skup się na własnych celach - zaproponowałem, wykrzesując z siebie lekki uśmiech. Przyjazny? Nieco. Robiłem to, o dziwo, w dobrej wierze. Nie tylko by zdobyć więcej eliksirów, ale też by nie czuła się źle. Sam ją zaprosiłem do przesiadywania ze mną, ale... nie czułem by to miało być powtarzalne w przyszłości. To nie było nam pisane. - Chodźmy - dodałem i kiedy zauważyłem, że jest gotowa, ruszyłem w kierunku dormitorium Ravenclawu.