Byli siebie warci. Znaczy - pasowali do siebie. To znaczy... byli podobni. Pod względem skóry. Bladości. I zimności. I ciemnych włosów. I... chyba łapiecie, o co chodzi. Magiczne "w twoim typie" pod względem wyglądu rozmijało się tutaj w upodobaniach samego Sauriela. Zdecydowanie wolał blondynki, to, co kojarzyło mu się z ciepłem i słońcem. A charakter? Cóż, Sauriel mało dumał o związkach, nigdy w żadnym poważnym nie był - i nie planował być. Byli zaręczeni - w mniemaniu Sauriela nadal był singlem. Obrączka i postanowienia "kogoś wyżej' nic dla niego nie znaczyły. Niestety tutaj dla Victorii - opinia publiczna również nie. Co przemawiało na to "stety" to fakt, że naprawdę bardzo ją polubił. Co za tym idzie - miał do niej szacunek. A co też idzie za tym - był o wiele bardziej skory na ugadywanie się. Bo to nie tak, że był zatkanym i zakonserwowanym typem, którego o nic nie może prosić i do niczego się nie dostosuje. Nie. Victoria już zdążyła się o tym przekonać.
To nie były zbyt spokojne dni. Tym bardziej nie były obleczone fijołkami. Przynajmniej dla Sauriela. Codziennie (co noc?) zaglądał mimo wszystko do Victorii i upewniał się, czy wszystko jest okej. I spędzał z nią tyle czasu, ile mógł. A wiele wcale nie mógł. Dobrze czuł się w jej towarzystwie, o wiele lepiej niż wcześniej. Tak spokojniej. Tak... inaczej? Cokolwiek to było sprawiało, że mocno go do niej ciągnęło, bo jakoś tak... wtedy był cały - a nie tylko ułamkiem. Nie były też więc spokojne dla Victorii, bo musiała znosić Sauriela i jego coraz bardziej dziwne deserki i czekoladki, które gdzieś tam wyhaczył, znalazł, "a było po drodze to kupiłem" albo "ukradłem matce". No dobra, niektóre były całkiem normalne, bo niekoniecznie miał czas łazić po sklepach. Zwłaszcza, że znalezienie takowych o godzinach jego funkcjonowania łatwe nie było. Ale za to mógł proponować Victorii, że spędzi z nią dzień. Nawet nie pytał, czy wybiera się do pracy. Bruh. TO było oczywiste.
Nie spodziewał się na spotkanie dwóch bab. Jedna baba to dużo, a dwie na raz? Niech się takie zmówią na ciebie i olaboga, koniec świata, nic tylko zawijać kiece i lecieć. W drugą stronę od nich, oczywiście. Nawet nie był przekonany, ale zaraz dotarło do niego, bo i Victoria wyjaśniła, że chce po prostu, żeby miał okazję poznać jej znajomą. I to taką w zasadzie wspólną znajomą. Właściwie to tak, nie mówiła mu o swoich znajomościach, jakoś go to nie raziło i do tej pory właściwie nie interesowało. Zainteresowało, kiedy mu ten brak wiedzy uświadomiła. Czy ludzie, którymi się otaczami, nie mówią wiele o tym, kim jesteśmy? Mówili. Tylko należało wyciągnąć odpowiednie wnioski.
I tak - świat jego znajomych był bardzo mały. Takim sposobem wrócił do Cynthii. Chociaż akurat nie uznałby ją za taką znajomą, której będzie isę wbijał na chatę.
- Jak zawsze wyglądasz zjawiskowo, Królowo Śniegu. - Uśmiechnął się słodko w jej kierunku, jak to potrafił do kobiet, w ramach powitania. Czy miało to podłoże romantyczne? Nie, ale przecież nie można było powiedzieć, że to nie było bajerowanie. - Tylko całych? Zdrowych już nie? - Uśmiechnął się krzywo i cynicznie do kobiety. Ściągnął z siebie płaszcz i nawet pomógł go ściągnąć Victorii, taki się z niego dżentelmen zrobił. Odwiesił je i wszedł za Cynthią. - Zostałem tu przyprowadzony do obgadywania spraw poważnych? To lepiej przynieś mi procenty, żeby mnie tu zatrzymać na dłużej niż 5 minut. - Nie potraktował w pełni poważnie jej słów, skoro już o powadze mowa. Z drugiej strony to była Cynthia - tutaj trzeba było brać poprawki na pewne mylne znaki i błędne odczyty konstelacji na niebie. Czy coś. Poszedł za Cynthią i opadł na krzesło czy też fotel przy stoliku. I jak to Sauriel, którego to powstydziliby się Rookwoodowie, zaczął przeglądać te papiery i czytać bezczelnie to, co wpadło mu w dłoń. - Ale burdel. Żeby w takich warunkach przyjmować gości... - Oczywiście tylko się wyzłośliwiał.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.