04.11.2022, 00:31 ✶
W przeciwieństwie do swojej wspaniałej siostry Alastor nie przejmował się tym wszystkim praktycznie wcale. Gdyby nie to, że nasłuchał się o tym, jak to bardzo wypada mu tutaj przyjść, najprawdopodobniej robiłby teraz nadgodziny, nadrabiając liczne urlopy, które musieli wziąć zebrani wokół Brenny Aurorzy i Brygadziści. Kiedy tak szedł z Idzią przez salę i powoli brakowało mu palców do zliczenia ilości osób, które znał z Departamentu, zastanawiał się, czy osiemnasty marca nie jest przypadkiem najlepszym od dwóch lat momentem na wielki atak Śmierciożerców. Aż czknął na samą myśl.
- Daję dwa knuty - bo więcej do wypłaty nie miał - że połowa tej sali będzie bić się o to, kto zakuje cię w kajdanki jakieś dwie sekundy po tym, jak odsłonisz cycka krojąc sobie ciasto. Co ci w ogóle przyszło do głowy, że to na siebie założyłaś? - To było takie lekkomyślne. - A jak się coś tutaj wydarzy, to co, zatłuczesz wrogów pantoflem?
O wiele bliżej stylu Alastora było ubranie się na ten bal jak kompletny wieśniak - w robocze buty i obitą gębę, ale go Ida w ostatniej chwili powstrzymała i zmusiła wręcz do założenia starej, białej koszuli po ojcu i wyjściowej szatki, która pamiętała pewnie czasy Godryka Gryffindora. Szatkę zgubił jeszcze w domu, ale koszula nie wyglądała na nim aż tak źle, jak można się było tego po nim spodziewać. Buty wyczyścił. Ogolił się nawet. Tylko przydługie, zaczesane za ucho włosy przypominały wszystkim, że to ten sam cholerny pracoholik, któremu szorstka rzeczywistość siadała na głowę coraz mocniej i doszukiwał się czarnomagicznego zagrożenia nawet w wiszącym na ścianie zegarku.
- Beknę tak głośno, jak tylko potrafię, żeby wszystkie spojrzenia utkwiły na naszej dwójce - zażartował szybko, dźgając ją łokciem w odsłonięty boczek. Szelmowski uśmiech na jego twarzy wskazywał na to, że zamierzał zabić niezręczność dzisiejszego wieczoru śmiechem. No bo tak naprawdę to... co oni tutaj robili? Każdy człowiek na tej sali po samym ich ubiorze wiedział, że absolutnie nic tutaj nie kupią. Wręcz przeciwnie, można by podejrzewać, że gospodarz z litości obdaruje ich zastawą stołową albo obiadem na wynos.
A potem podeszli do Brenny i do Alastora dotarło, że wcale nie musiał robić siostrze siary. W gruncie rzeczy wychodziło jej to nawet lepiej niż jemu.
- Cze - rzucił do zebranych, po czym nonszalancko podał im wszystkim po kolei rękę. Norze też. No bo w sumie czemu nie? Nie kojarzył z pracy jedynie jakiegoś gościa o śniadej cerze, więc odrobinę szorstko rzucił „Moody”, kiedy przyszło na jego kolej. - Eeee... piękne miejsce - czy coś. Ułamek sekundy później zaczął poszukiwać wzrokiem jakiegokolwiek powodu do ucieczki gdzieś na bok, gdzie będzie mógł podpierać ścianę gdzieś z dala od swojej byłej dziewczyny. - Na brodę Merlina, czy do Godryk? - Odchrząknął, wycofując się do tyłu. - Wieki go nie widziałem, haha - i wcisnął się gdzieś pomiędzy obcych ludzi, udając dzielnie, że jego głowa wcale nie wystaje ponad tłum.
- Daję dwa knuty - bo więcej do wypłaty nie miał - że połowa tej sali będzie bić się o to, kto zakuje cię w kajdanki jakieś dwie sekundy po tym, jak odsłonisz cycka krojąc sobie ciasto. Co ci w ogóle przyszło do głowy, że to na siebie założyłaś? - To było takie lekkomyślne. - A jak się coś tutaj wydarzy, to co, zatłuczesz wrogów pantoflem?
O wiele bliżej stylu Alastora było ubranie się na ten bal jak kompletny wieśniak - w robocze buty i obitą gębę, ale go Ida w ostatniej chwili powstrzymała i zmusiła wręcz do założenia starej, białej koszuli po ojcu i wyjściowej szatki, która pamiętała pewnie czasy Godryka Gryffindora. Szatkę zgubił jeszcze w domu, ale koszula nie wyglądała na nim aż tak źle, jak można się było tego po nim spodziewać. Buty wyczyścił. Ogolił się nawet. Tylko przydługie, zaczesane za ucho włosy przypominały wszystkim, że to ten sam cholerny pracoholik, któremu szorstka rzeczywistość siadała na głowę coraz mocniej i doszukiwał się czarnomagicznego zagrożenia nawet w wiszącym na ścianie zegarku.
- Beknę tak głośno, jak tylko potrafię, żeby wszystkie spojrzenia utkwiły na naszej dwójce - zażartował szybko, dźgając ją łokciem w odsłonięty boczek. Szelmowski uśmiech na jego twarzy wskazywał na to, że zamierzał zabić niezręczność dzisiejszego wieczoru śmiechem. No bo tak naprawdę to... co oni tutaj robili? Każdy człowiek na tej sali po samym ich ubiorze wiedział, że absolutnie nic tutaj nie kupią. Wręcz przeciwnie, można by podejrzewać, że gospodarz z litości obdaruje ich zastawą stołową albo obiadem na wynos.
A potem podeszli do Brenny i do Alastora dotarło, że wcale nie musiał robić siostrze siary. W gruncie rzeczy wychodziło jej to nawet lepiej niż jemu.
- Cze - rzucił do zebranych, po czym nonszalancko podał im wszystkim po kolei rękę. Norze też. No bo w sumie czemu nie? Nie kojarzył z pracy jedynie jakiegoś gościa o śniadej cerze, więc odrobinę szorstko rzucił „Moody”, kiedy przyszło na jego kolej. - Eeee... piękne miejsce - czy coś. Ułamek sekundy później zaczął poszukiwać wzrokiem jakiegokolwiek powodu do ucieczki gdzieś na bok, gdzie będzie mógł podpierać ścianę gdzieś z dala od swojej byłej dziewczyny. - Na brodę Merlina, czy do Godryk? - Odchrząknął, wycofując się do tyłu. - Wieki go nie widziałem, haha - i wcisnął się gdzieś pomiędzy obcych ludzi, udając dzielnie, że jego głowa wcale nie wystaje ponad tłum.
fear is the mind-killer.