Avelina nie chciała się angażować w spełnianie jego marzeń; chciała w pokraczny sposób przeprosić go za swoje zachowanie w łazience, gdy w pewnym sensie obraziła jego ojca. Lubiła się drażnić, udowadniać mu, że jest lepsza, łechtać sobie ego i po prostu mu dokuczać, ale nie potrafiła sobie wybaczyć, że weszła na ścieżkę wojenną używając jego rodzica do tego. To było niestosowne, złe, niedobre, nie w jej stylu.
Gdy powiedział, że sobie poradzi wzruszyła tylko ramieniem i skinęła głową. Mała ilość słów, jak najmniej mówić, a nie popełni się błędu, prawda? Nie palnie się głupstwa. Gaduły zawsze zdradzały za dużo szczegółów, paplały na nieodpowiednie tematy, a potem były ranione przez inne osoby, były gnębione, niszczone, bo ktoś wykorzystał ich słowa przeciw nim. Dlatego Avelina chciała posiąść umiejętność animagii – zamieniłaby się w jakieś zwierzątko i była cichutko, jak myszka pod miotłą. Nie byłaby zmuszana do mówienia, bo nie potrafiłaby mówić w takiej formie. Chciałaby czasami zniknąć i nie rozmawiać, cholernie bała się mówienia i przerażało ją to, że miała jeszcze iść z Rookwoodem pod wejście do jej domu. Stresowała się jego obecnością, ale jednocześnie sama pchała się pod jego pieczę. Czuła, że było to nieodpowiednie, więc miała zamiar z tym walczyć. Nie chciała pozwolić, aby jedno z nich za bardzo się uzewnętrzniło, a już kilka razy zmusiła do tego Augustusa. Sama też mu zdradziła swoje marzenie, co było nieodpowiednie.
W środku walczyła z powinnością, ale na zewnątrz na jej twarzy nie było żadnych konkretnych emocji, uczyła się maskować swoje potrzeby, swoje myśli, aby nikt nie znał jej kolejnego ruchu. Nie było to łatwe, ale bardzo chciała być skryta, aby ludzie nie chcieli przebywać w jej towarzystwie.
Gdy dostrzegła jego uśmiech odwzajemniła go niepewnie. Miał rację. Powinna skupić się na sobie, a nie na jakimś przypadkowym Rookwoodzie. Mieli być wrogami. WRĘCZ ARCYWROGAMI.
– Tak zrobię – w końcu się odezwała. Zapewne Rookwood nie był przyzwyczajony, że ktoś w jego obecności tak mało mówił, ale dziewczyna nie potrafiła z siebie wykrzesać entuzjastycznych wypowiedzi na temat niczego. Lubiła rozmawiać, ale tylko na odpowiednie tematy. Sama decydowała, co takim było i kiedy warto było mówić. Szła obok niego nie patrząc na niegp. Korytarze były puste i ciemne, w niektórych miejsca świeciły się jakieś lampy, ale to niewiele dawało światła.
– Dasz mi znać, czy eliksiry się sprawdziły? – zapytała w końcu przerywając swoje milczenie.