Siedział. Ograniczył swoją rolę do wykonania prostego zadania, żeby być wsparciem mentalnym. Bo za takowe czarownica najwyraźniej go uważała, skoro chciała z nim spędzić ten czas. I skoro tutaj płakała mu w ramionach. Czas na mądrości przyjdzie potem, na razie zostawała pustka w głowie i kompletna niezręczność sytuacji, bo chociaż widział, że płakała, chociaż nie chciał, żeby płakała to nie było tak, że jej smutek go przenikał. A chyba powinien.
- Co najwyżej zmieniła się twoja fryzura i straciłaś ciuchy.... - Mruknął patrząc na jej... wspaniały wygląd, kiedy ściągnęła z siebie marynarkę. Okej, no była zimna, ale to nie koniec świata. To znaczy o ile na tym się zaczynał i kończył zarazem problem. - Przepraszasz mnie czy siebie? - Bo brzmiała bardziej, jakby przepraszała samą siebie. Przynajmniej w jego uszach. Biedna była, no biedna. Przeszła przez Piekło, wyszła z niego i teraz każdy miał jej mówić "life goes on". Ewentualnie mieli mówić "przesadzasz". Uśmiechnij się i wszystko będzie dobrze. Sauriel nie wiedział, co miał jej mówić i co mówić jej będzie. Chciała na nim polegać, on chciał jej pomóc, ale nie uważał, żeby był do tego osobą dobrą. Mógł się tylko próbować stawiać w jej sytuacji, porównywać do swoich doświadczeń. Czy ona potrzebowała kogoś, kto nie podzieli jej odczuć? Czy może potrzebuje kogoś, kto zapłacze razem z nią? Nie znał zupełnie pod tym względem Victorii. Chciał się nawet lekko dopasować, do stopnia, w którym byłby w stanie. Ale ta sytuacja naprawdę nie była komfortowa. To, jak się do niego tuliła nie było komfortowe. Jej płacz. Jakaś supernowa, która wybuchła i którą teraz Victoria do niego przyniosła i chciała, żeby on się nią zainteresował. Jak walczą w tobie dwa wilki to wygrywa ten, którego karmisz, jak to lubią powtarzać. A on nie chciał ani karmić tego, który chciał być niej bliżej, bo był kurewsko obcy, ani tego, który chciał się od niej odsunąć. Bo chciał się odsuwać przez tego pierwszego, natarczywego, wkurwiającego i obrzydliwie nieswojego. Ta abstrakcyjność odczuć, jakie ze sobą niosła były tak bardzo poza jego charakterem, że wprowadzały ten dyskomfort.
- A... chcesz w ogóle o tym mówić? - Bo to nie tak, że on musiał i potrzebował to wiedzieć. - Bo wiesz, mi wystarczy wiedzieć, że teraz jest okej. Chyba, że nie jest. Znaczy... nie jest, bo nie czujesz się dobrze, ale chodzi mi o to zimno, cokolwiek się stało. - Patrzył na nią trochę sceptycznie, ale nie chodziło ani o jej wygląd ani o przekaz sam w sobie. Tylko o to, że brzmiała tak jakby tam zebrali się wszyscy mądrzy tego świata i wydali już na nią wyrok. W miejscu odciętym od teleportacji. W, uwaga, jakieś 24 godziny. Tak, na pewno, cudotwórcy sami lekarze się tam pojawili, żeby tak się stało. - Nie obraź się Viki, ale w 24 godziny może z kawałkiem raczej nie zebrali wszystkich mądrych tego świata, żeby ocenić, co naprawdę ci się stało i jak to leczyć. - Ale jak się człowiek nasłucha lekarzy i plotek to potem wierzy sam w to wszystko i zakłada już najgorsze. No ewidentnie Victoria temu bezkrytycznie wierzyła, co też było dla niego dziwne i niepokojące, bo to przecież była kobieta, która lubiła wiedzieć. A tu... nic. Takie odebrał przynajmniej wrażenie. Objął ją ramieniem, kiedy znowu do niego przylgnęła.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.