Nerwy czyniły cuda - jednym odbierały moc, drugich uskrzydlały. Choć były to skrzydła, które bardzo szybko się spalały. Edypowe. Rookwood był przyzwyczajony do różnych sytuacji, ale nigdy nie miał anielskiej cierpliwości - skoro o skrzydłach mowa. I zawsze był szybki do wkurwiania się, zarówno w Hogwarcie w ostatnich latach jak i po nim. Pozorne zblazowanie i chillera utopia? Nie, to nie była poza - natomiast łatwo było je zastąpić ogniem. Takim samym, jaki wystrzelił z jego różdżki i dla odmiany miał zalać nie Stanleya, tylko te potwory. Stanley jeszcze zapracuje na swoją wiązankę.
Był bardzo przyzwyczajony do tego, że ludzie ulegali jego sile. Kiedy wszystkie dzieci uczyły się rzucać Protego, Sauriel opanowywał sekretne zaklęcie Łokieć, Pięta - Nie Ma Klienta. Przyjaźń u niektórych zaczynała się od pierwszego wpierdolu. Czy dostanie wpierdolu w piłce nożnej też się do tego zaliczało? Nie wiem, ale Sauriel nie chciał uczynić Stanleyowi żadnej krzywdy. Wręcz przeciwnie - chciał go wyciągnąć z tego gówna. Sęk w tym, że kiedy nie żyjesz o wiele łatwiej zachować, heh, zimną krew. Bo nie waliło mu serce, bo nie było adrenaliny, która by burzyła mu myśli. Co najwyżej był gniew, że jest tutaj z nim i... nie wiedział, co dalej. Jeśli to kogokolwiek pocieszy, to w ciągu 15 minut czekania na Stanleya próbował się dowiedzieć i jakiś plan wymyślić. Jak na załączonym obrazku widać - plan powstał prosty. RUN.
- ...URWA PRZESTAŃ SIĘ MAZGAIĆ GOŚCIU! - Proszę bardzo! Stanley szukał czegoś, co zagłuszy głos w jego głowie? Oto on! Sauriel znów mógł mówić! I, cholera, czemu teraz znowu tęczowy pył nie rozbłysnął wokół Rookwooda - tego nie rozumiał absolutnie! Bo sam by sobie przyklasnął, w tym momencie zdziwił samego siebie, że coś z siebie wykrztusił. Na tyle, że Stanley przez moment przestał być targany. W każdym razie zdziwienie na moment przecięło gniew na jego własnej mordzie. Ale tylko na moment. - Nie żadne NIE, tylko się ogarnij, JESUS! - Puścił kołnierz Stanleya i złapał go za przedramię - trochę bez wyczucia. I teraz już naprawdę go pociągnął, zdecydowanie i szybko. W przeciwną stronę do Beltane. A przynajmniej wydawało mu się, że to strona przeciwna. - [b]Twoja stara. - Parsknął do przerażonego mężczyzny. Kolejnego przerażonego. Stanley miał chyba naprawdę dużo szczęścia, że został z nim akurat ktoś, kto niekoniecznie Diabła się bał. I kto był na tyle nieczuły, żeby nie panikować razem z nim. Cóż, poprzedni, który panikował, został obity przez Sauriela... i Sauriel prawie rzucił go tamtym stworom na pożarcie. Szczęście? No na pewno! W końcu Sauriel tak naprawdę był ukrytym rycerzem na koniu. Albo przynajmniej z koniem. W majtkach. Zawsze coś.
- Wiedziałeś, że zwłoki Charliego Chaplina zostały kiedyś porwane dla okupu? - Wypalił ze swoją słynną wiedzą bezużyteczną, kiedy Stanley wydukał błagalnie, żeby coś powiedział. Kłamstwem byłoby jednak powiedzenie, że wampir się nie martwił. Martwił. O Victorię, o Fergusa, o Stanleya... a teraz za Stanleya był odpowiedzialny. Trzymał jego przedramię i nie zamierzał go puszczać. - A Churchill był bardziej pojebany, niż mówią - mordował niewinne owieczki. - Mruczał, zakochany aktualnie w brzmieniu własnego głosu, bo znowu mógł mówić. - Stanley. Skup się. Możesz się teleportować? Próbuj, jak będziemy biec. - Prowadził Stanleya dalej. Między drzewami. W tych dzikich i dziewiczych ostępach, w których poruszać się nie potrafił. I liczył na cd.
[/b]![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.