Właśnie - nie sprawiłoby jej to przyjemności, zawiodłoby ją. Poczułaby się tak: odtrącona. To słowo wypisywało się przed jego oczami, kiedy myślał o tym, czego chciał, a co wydawałoby mu się, że by chciał. Albo już w ogóle mózg mu płatał figla po tym ciężkim, bardzo ciężkim dniu, jakim było Beltane. Miał problemy z ustaleniem, co się dzieje dokładnie i ustawieniem się w tym wszystkim. Ale to nic. To były tylko jakieś małe dramaty, które w wielkim pojęciu tragedii tuż przed nim była po prostu błacha. I spychana w dół. Przecież kiedy masz decydujące słowo w takiej sytuacji nie chcesz, żeby to słowo było gorzkie. Żeby smakowało jak kawa, do której wsypałeś za dużo łyżeczek tej czarnej mielonki. Kawa czarna jak dusza.
Był za nią odpowiedzialny. Ta odpowiedzialność nie pozwalała jej ranić.
- Hmmm... - Nabawił się chyba tego efektu "hmm-ania" od Josepha. Tak mu się wydawało przynajmniej. Dźwięk informujący o tym, że myślisz i przetwarzasz, tak jakby bez tego dźwięku ten efekt nie zachodził. Jak stary odkurzacz, który charczy, zanim zacznie cokolwiek wciągać. Miałby niemały problem z wyjaśnieniem, czym odkurzacz jest. - Nie jestem zły. To nie twoja wina, że tak jest. Widziałaś mnie spierdolonego w jakiejś uliczce, to chyba jesteśmy kwita. - Uśmiechnął się do niej. W końcu się uśmiechnął. Nie był to uśmiech jakiś szaleńczo wesoły, ale chociaż przez chwilę był czymś lepszym niż grymasem złości czy sarkazmu. Chyba się uspokoiła. Trochę. Chyba jednocześnie była przestraszona. Prawie umarła - tak powiedziała? Co tam się stało? To nie tak, że nie był ciekaw. Tylko... czy to nie ciekawość zabiła kota? Sauriel aż za dobrze znał kocie nauki - i za dobrze wiedział, że należało ich przestrzegać. Ale przecież był kotem. Dopóki sam tego nie zbada, to przecież świat się skończy! Na szczęście był też wampirem, który nie chciał ciągnąć struny czegoś, co zaraz wywoła fortissimo possibile*. Pozostańmy w umiarkowaniu, albo choć możliwej ciszy.
- Nie wiesz. - Skrzywił się trochę, bo nie lubił, kiedy ludzie uważali, że wiedzą, co myślą. Normalnie to zlewał, ignorował, albo wręcz podsycał ich błędne mniemania. Nie musiał się nikomu tłumaczyć. A jeśli ktoś sobie coś układał we łbie bez włożenia wysiłku w poznanie to właściwie nie był jego problem. Tamtej osoby też nie - niech żyje w błogosławionej niewiedzy. Tyle razy usłyszał, że jest dupkiem, że w końcu się tym dupkiem stał. - Myślę, że jesteś przerażona i ogarnięta niewiedzą. Że ci nagadali, a ty im uwierzyłaś. I spojrzysz na to inaczej jak się uspokoisz. - Czy przesadzała... właściwie kiedy człowiek przesadza? Kiedy przybiera nadmierny pesymizm. Ale ona tutaj nie siedziała i nie płakała, że wszystko bez sensu, że zaraz umrze, że właściwie to może się zabić. Czy wtedy by przesadzała? Nie wiedziałby wtedy zupełnie, co zrobić. Ostrożnie dobierał teraz słowa i dość starannie, choć nie było co ukrywać - kosztowało go to bardzo dużo. Pogłaskał ją po głowie uspakajająco.
- Uuu! Błsykotki dla srokowatego Kota? - Uśmiechnął się wyciągając dłoń po swój mało-wielki prezencik. Uradowany jak dziecko, któremu mama pamiętała kupić lizaka ze sklepu, z którego wracała. Przymrużył z zadowoleniem oczy, przyglądając się zawieszce. - Skubana... - Mruknął, przesuwając dłonią po Skorpionie. Podwinął rękaw skórzanej kurtki i zapiął bransoletkę na swoim nadgarstku, przyglądając się nowej zdobyczy z zadowoleniem.
Skubana.. Pamiętała.
- Bardzo mnie się podobywuje. - Wycenił. - Dziękuję.
*możliwie najgłośniejszy dźwięk instrumentu
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.