Dyskutowanie z debilami podobno nie miało sensu, bo najpierw cię sprowadzą do swojego poziomu a potem - pokonają doświadczeniem. Dlatego z Saurielem nie warto było dyskutować. Zwłaszcza, kiedy, jak ładnie określił to Stanley - jazgotał. Choć według Sauriela było to po prostu darcie pizdy. Może i wypadałoby, no nie wiem, SPOKOJNIE POROZMAWIAĆ, ale chyba możemy nad tym przejść do akcji - ta dwójka nie była teraz zdolna do spokojnych rozmów. Wszystko podsycane było strachem, który wpełzał w serca. A Sauriel wręcz czuł, że nie może już ukryć swoich kłów cisnących się na dziąsła ani uciszyć tej Bestii, która domagała się wyrównania strat. I to niekoniecznie proporcjonalnie do zniknięcia siły życiowej. Ona zawsze była głodna. I zawsze chciała więcej. Nie wprawiało to w nastrój optymistyczny. Prawdę mówiąc to czarnowłosy, mianowany rycerzem na koniu czarnym, nie był pewien, kiedy nastąpi moment, w którym sam stanie się zagrożeniem dla przyjaciela. Jedną z bestii buszującą w lesie, bo czy w końcu nie napędzał ich ten sam instynkt? Potrzeba odebrania komuś życia? Na razie jednak trzymał to w ryzach. Trzymał SIEBIE w ryzach. Jeszcze nie przeprocesował tego, że dobrze, że został. Że Stanley był w o wiele gorszym stanie, niż zdawał sobie jeszcze z tego sprawę. Lecz spokojnie. Kiedy już ten wywołany, przeklęty cooldown minie dotrzemy do odpowiednich wniosków...
A tak, gadanie pierdół miało to właśnie jedyne zadanie - miało rozproszyć. Miało skupić uwagę Stanleya na pierdole, żeby nie myślał o tym, co go otacza. Czyli w sumie co? Drzewa? Ciemność? Jak to jest zamienić się z łowcy w zwierzynę, bo wampiry to chyba lubiły się uważać za szczyt łańcucha pokarmowego. Sauriel niekoniecznie miał się za takowego, ale fakt był taki, że raczej czuł się koksikiem nocą. Tym typem spod czarnej gwiazdy, którego mijasz w uliczkach, a nie który... spierdala przed chuj wie czym w lesie. Brakowało tylko żeby mu się nogi na mchu ślizgały. Dzięki bogom - obyło się bez tego.
- Dasz. - Potwierdził już krótko, słysząc nawet po głosie Stanleya, że zyskał jakąś stabilność. Jakąkolwiek. Oby nie była tylko tymczasowa, bo wyszukiwanie kolejnych bzdurnych ciekawostek z głowy zmusiłoby go teraz do chwili zastanowienia. A jakoś nie chciał się nad tym zastanawiać. Chciał się zastanawiać nad tym, czy dokądś dotrą. Albo nad tym, czy Stanley właśnie myśli, że Sauriel wie, co robi. Nie miał za chuja pojęcia. Ale starał się wyglądać na takiego, co ma wszystko pod kontrolą. - Jak to cała? - No więc Stanley nie wiedział jeszcze, że Sauriel się nie potrafił teleportować. No a poza tym - jego zaklęcia jak dotąd nie robiły żadych dziwnych rzeczy. Jak się pojedynkował z dwójką aurorów to też nic dziwnego się nie działo. - To próbuj co jakiś czas! - Fajnie by było powiedzieć, że to była zachęta, ale w zasadzie to brzmiało jak rozkaz.
Czarnowłosy zsunął na twarz maskę, widząc sylwetkę między drzewami. Przypomnienie Stanleya było pomocne, żeby zorientować się wcześniej niż później. W pierwszym momencie pomyślał, że to jeden z "naszych". Ale nie. Tylko...
- Co to kurwa tu robi... - Mruknął bardziej do samego siebie niż do Stanleya. No bo skąd on tu? Wynik dziwnej teleportacji? Totalny zabłądzeniec z Beltane? Czy jaki chuj? - Baw się. - Zachęcił Stanleya, mając wrażenie, że jego towarzysz zabrzmiał wręcz z ekscytacją. Jak młodszy brat, który pyta tego starszego o pozwolenie. Sauriel był ostatnią osobą, którą można było podejrzewać o jakieś uniki, ale teraz nie zamierzał nawet kombinować. Pociągnął różdżką w powietrzu, chcąc rozsadzić przeciwnika.
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.